Historia Magdaleny, walecznej kobiety z rakiem mózgu cz. 1

cześć, nazywam się Magdalena Mucha, mam 33 lata. Mam 7-letniego syna Bartka i wspaniałego męża Artura. W tym roku mija 6 lat od kiedy wykryto u mnie nowotwór. Przed diagnozą byłam dziewczyną z planami i marzeniami na przyszłość. Przyjaciele i znajomi mówili o mnie "wesoła, uśmiechnięta dusza towarzystwa". Zawsze byłam atrakcyjną, zdrowa i szczupła kobietą, bardzo rzadko chorowałam. Prowadziłam „normalne życie”. Skończyłam studia socjologiczne, a moją pasją był wizaż.

Zapisałam się do rocznej szkoły o kierunku wizaż i stylizacja, w której wiele się nauczyłam. Spełniło się moje marzenie, zaczęłam pracować w firmach kosmetycznych jako wizażystka, robiłam makijaże, doradzałam w kwestii fryzur i ubioru. Przygoda z wizażem trwała 2 lata.


Kiedy poznałam Artura, od razu wiedziałam, że będzie moim mężem. Doświadczona życiem byłam świadoma czego chcę i jakie cechy musi mieć mój życiowy partner. W końcu udało się. Po około dwóch latach wzięliśmy ślub. Rok po ślubie urodził się nasz synek Bartuś, był to najpiękniejszy rok w naszym życiu. Jak się później okazało, nieocenionym było, że mogłam patrzeć jak mój synek dorasta. Widzieć jego uśmiechniętą buzię w trakcie zabaw. 

We wrześniu 2017 roku minęła ósma rocznica naszego ślubu, a Bartuś poszedł do pierwszej klasy. Dzisiaj żyjemy prawie jak „normalna rodzina”. Prawie, bo nie widzę od sześciu lat.

Cofnę się do 2011 roku. Jesteśmy szczęśliwą rodziną, Artur pracuje, a ja zajmuję się Bartkiem. W lipcu, tydzień po pierwszych urodzinach synka zaczęłam źle się czuć. Zaczęła boleć mnie głowa, ogólnie miałam kiepskie samopoczucie. Musiałam rezygnować ze spacerów z synem, a rano nie mogłam wstać z łóżka. Do pomocy w opiece nad Bartkiem poprosiłam moją mamę, w tym czasie zaczęłam szukać dla siebie pomocy. Chodziłam do lekarzy, którzy bagatelizowali moje złe samopoczucie.

 


Pierwsza diagnoza, wydawała mi się naturalna, brzmiała- migrena, pomyślałam, będę brała tabletki i minie. Po tygodniu nie było rezultatów. Druga diagnoza zapalenie zatok. Sugerowałam lekarzowi, że nie mam kataru i że jest to inny rodzaj bólu niż przy zatokach, pomimo to wypisał receptę i zalecił brać leki na zatoki. Jak myślałam, nie przyniosło to żadnej poprawy.

Postanowiłam dalej szukać pomocy, ale  już u innego lekarza. Następny „specjalista” stwierdził, że to problem na tle nerwowym, co wydawało mi się dziwne ponieważ w tamtym okresie nie miałam żadnych stresów. Poprosiłam więc o skierowanie do neurologa. Dwa tygodnie oczekiwałam na wizytę. Pani doktor- neurolog zlekceważyła moją prośbę o skierowanie na rezonans. Swoją odmowę uzasadniła tym, że w podstawowym badaniu neurologicznym nie widzi nieprawidłowości. Ku mojemu zdziwieniu nie wypisała mi skierowania, pomimo tego, że bardzo źle się czułam. Nie wytrzymałam tej okrutnej sytuacji i zaczełam płakać. Powiedziałam o moich obawach i przeczuciu, że mogę mieć guza w głowie. Pani doktor postanowiła skierować mnie do psychiatry.

Minęły kolejne dwa tygodnie, lekarz- psychiatra wykluczył wszelkie zaburzenia psychiczne i doradził, abym zrobiła badanie rezonansu głowy prywatnie. Powiedział, że na podstawie swego doświadczenia wie, że ludzie przeczuwają poważne choroby. Słowa psychiatry wzięłam do serca, niezlekceważyłam moich bóli.


Kilka dni później, podczas spotkania- u teściów nagle mój stan zdrowia uległ pogorszeniu. Mąż zawiózł mnie do szpitala w Toruniu. Nigdy nie zapomnę tego dnia- 01 października- sobota. Przyjęła mnie pani doktor- neurolog. Wstępne badania wykryły nieprawidłowości. Zrobiono mi tomograf komputerowy głowy. W gabinecie lekarskim usłyszałam, że wyniki tomografii wykazują zmiany w mózgu i muszę pozostać w szpitalu. Mąż czekał na korytarzu, w momencie, gdy dowiedział się o wynikach badania, bezradność ukazała się na jego twarzy. Oboje byliśmy przerażeni, z całej siły przytulił mnie i wspólnie płakaliśmy.

Artur musiał jechać po moje rzeczy i zostałam sama w szpitalu. Wypłakałam morze łez myśląc o naszym synku i o tym, że diagnoza którą usłyszałam jest śmiertelna. W danym momencie nie było przy mnie bliskich, wpadłam w histerię, podano mi zastrzyk na uspokojenie. Lekarze, pielęgniarki i pacjentki pocieszali mnie twierdząc, że wszystko będzie dobrze, ale nikt nie miał pojęcia co dzieje się w mojej głowie.

Mąż przyjechał późno, zamieniłam z nim tylko kilka słów. Poprosiłam aby moja mama przyjechała do Torunia. W niedzielę nad ranem, gdy tylko otworzyłam oczy, mama i Artur siedzieli przy moim łóżku. Po środkach uspokajających byłam wyciszona. Z twarzy bliskich mogłam wyczytać, że cierpią i płaczą gdy nie widzę.


W Poniedziałek zrobiono mi rezonans magnetyczny głowy. Postawiono diagnozę. Duży guz mózgu położony na dwóch półkulach mózgowych. Diagnoza najgorsza z możliwych. Lekarze nie ukrywali, że sytuacja jest bardzo poważna. Szybko sprowadzili neurochirurga z Bydgoszczy. Po konsultacji neurochirurgicznej, lekarz nie pozostawił mi żadnych złudzeń i nadziei. Poinformował mnie, że istnieje duże prawdopodobieństwo zgonu podczas zabiegu operacyjnego.

Nie chciałam być operowana w Bydgoszczy. Pani doktor, która przyjęła mnie na oddział w Toruniu, zgodziła się przesłać moje dokumenty medyczne, w tym wynik rezonansu, jeśli znajdę szpital, do którego mnie przyjmą. Działałam bardzo szybko, skontaktowałam się z koleżanką z Warszawy, która zgodziła się pomóc. Koleżanka wraz z moją dokumentacją medyczną pojechała do warszawskiego szpitala przy ulicy Banacha i odszukała ordynatora neurochirurgii. Lekarz po zapoznaniu się z moją historią choroby zgodził się przyjąć mnie na oddział. Po ośmiu dniach opuściłam szpital w Toruniu.

 

Już wtedy otrzymywałam podwójną dawkę leku przeciw obrzękowi mózgu, pomimo to  odmówiono mi transportu karetką do szpitala do Warszawy. Według procedur, przepisów, zupełnie nie wiem dlaczego Warszawa okazała się być zbyt daleko.  Mąż na własną odpowiedzialność zabrał mnie naszym prywatnym samochodem do Warszawy. Całą drogę przespałam.

Kiedy znalazłam się na oddziale neurochirurgii poczułam wewnętrzny spokój. Lekarz prowadzący powiedział mi, że w tym szpitalu wykonuje się bardzo dużo operacji na mózgu, oczywiście poinformował, że moja sytuacja jest bardzo trudna i skomplikowana, ale wspólnie z całym zespołem i profesorem opracują najlepszą metodę usunięcia guza mózgu.

Niestety z powodu nieobecności profesora w Polsce operacja została przesunięta. Musiałam czekać około dwóch tygodni. Dla mnie gehenna, ten czas oczekiwania był za długi. Cały czas rozmyślałam o moich najbliższych, synku i mężu. Myślałam o życiu, o tym jakie jest kruche, jeszcze tak mało  widziałam, doświadczyłam, jestem taka młoda, a śmierć jest tak blisko. Bałam się o przyszłość, wyobrażałam sobie jak mój mąż ma inną kobietę, a mój synek mówi do niej "mamo".

Nakręcałam się, płakałam dniami i nocami. Rodzina uspokajała, pocieszała, starali psię odnieść mnie na duchu. Pomimo to natrętne myśli nie opuszczały mojej głowy, to było silniejsze ode mnie.

 

Ciąg dalszy nastąpi...

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2018 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl