Historia Magdaleny, walcznej kobiety z rakiem mózgu cz. 2

Miałam dostęp do internetu, przez skypa rozmawiałam z synkiem, to było mi potrzebne, musiałam przetrwać czas do operacji.
Wieczorami, gdy zostawałam sama, wyszukiwałam w internecie historie ludzi, którzy mieli guza mózgu. Oczywiście to nie był dobry pomysł, przez to jeszcze bardziej bałam się. W końcu wyznaczono datę operacji na 19 października. Operacja miała  trwać około 8 godzin. Dzień przed operacją musiałam ściąć włosy. Zwlekałam cały dzień, wieczorem zrobił to Artur. Zgolił mi włosy, z długich, na jeżyka. Nie płakałam, starałam się spokojnie przejść ten rytuał, żartowałam z mojej nowej fryzury. Doskonale wiedziałam, że oboje z mężem, na zawsze zapamiętamy ten moment, nie chciałam go bardziej dobijać.

Do Warszawy przyjechała moja teściowa żeby wesprzeć Artura podczas oczekiwania na koniec operacji. Wiem, z opowieści bliskich, że godzina za godziną dłużyły się. Oczekiwanie na zakończenie operacji to traumatyczne przeżycie.  Człowiek czeka jak na skazanie pod drzwiami sali operacyjnej albo modli się w szpitalnej kaplicy.

W dniu 19 października 2011 roku przeszłam operację usunięcia nowotworu. Operacja przedłużyła się do dwunastu godzin, ale powiodła się. Podczas wybudzania zadano mi kilka pytań, by sprawdzić czy nie mam zaburzeń mowy i pamięci. Na wszystkie pytania odpowiedziałam prawidłowo, ale zauważyłam, że nie mam czucia w nogach. Przestraszyłam się. Lekarz powiedział, że to normalne, ponieważ przez 12 godzin byłam unieruchomiona i po kilku dniach powróci czucie. Zezwolono aby mąż zobaczył mnie. Z całych sił uścisnął mi rękę i ze łzami w oczach powiedział: "Cieszę się, że przeżyłaś. Z całą resztą poradzimy sobie."

Następnie przewieziono mnie na OIOM, byłam bardzo zmęczona, ale jak na złość, przez kilka godzin nie mogłam zasnąć. Lekarze powiedzieli, że najważniejsze- decydujące będą 3 doby po operacji. Jak w końcu udało mi się zasnąć, to przespałam owe 3 doby. Po przebudzeniu usłyszałam, że wszystko jest dobrze. Niestety na czwarty dzień mój stan uległ pogorszeniu. Nie było ze mną kontaktu, aparatura pokazywała osłabienie funkcji życiowych. Lekarze zlecili wykonanie tomografii komputerowej, wynik przedstawiał krwiaka i skrzepy po poprzedniej operacji.

Podjęto decyzję o reoperacji. Niestety nastąpiły komplikacje. Wytworzyło się duże podciśnienie. Na szczęście (dla mnie) lekarze opanowali sytuację, usunęli krwiak, wyczyścili skrzepy, wyrównali podciśnienie. Pomimo to stan był nadal bardzo ciężki. Mój mąż usłyszał, że dwie operacje w tak krótkim czasie to bardzo duże ryzyko. Zaczęli się obawiać o moje życie.

Moja wola walki i chęć do życia sprawiły, że stan zaczął się poprawiać. Lekarze podjęli decyzję o wybudzeniu ze śpiączki, to wtedy okazało się, że nie widzę. Byłam w szoku, nie rozumiałam dlaczego tak się stało. Lekarze również byli zaskoczeni. Zaczęli szukać przyczyn, które mogły doprowadzić do utraty wzroku. Założono mi drenaż, który odsączał nadmiar płynu mózgowego i czekaliśmy na zmniejszenie obrzęku po operacji. Lekarz sugerował, że to może być przyczyna chwilowej utraty wzroku.

Opuchlizna zeszła, ilość płynu mózgowego się wyrównała, a wzrok nie wrócił. Drugą diagnozą, jaką przedstawił lekarz prowadzący, była blokada psychiczna, twierdził, że tak silne przeżycia jak operacja, możliwość utraty życia, mogły spowodować brak widzenia.

Konsultacjom nie było końca, psychiatra doszedł do wniosku, że w moim przypadku blokada psychiczna jest możliwa. Psychiatrą stwierdził, że gdy wrócę do domu rodzinnego będę czuła się spokojniejsza i powoli, ale odzyskam wzrok. Tłumaczył, że wszystkie traumatyczne wydarzenia z ostatnich tygodni, mogły doprowadzić do stanów lękowych, w konsekwencji blokady psychicznej. Mówił, że zdarza się to rzadko, ale duża trauma mogła do tego doprowadzić. Zalecił konsultację z psychologiem, gdy wyjdę ze szpitala.


Cały czas czułam, że ta diagnoza jest nieprawidłowa. Moim zdaniem nie wykazywałam cech blokady psychicznej, które są nieuniknione w tym przypadku. Lekarz prowadzący skierował mnie na konsultację do okulisty. Okulistka ze szpitala zleciła badanie wywołania potencjału wzrokowego. Po wykonanych badaniach zataiła przede mną wyniki. Powiedziała, że przedstawi mi je lekarz prowadzący. Poczułam, że coś jest nie tak. Okazało się, że badanie nie wyszło pomyślnie. Wykryto poczucie światła, nerwy wzrokowe były całe, ale cały czas nie wiadomo było dlaczego nic nie widzę. Okulistka stwierdziła, że więcej nic nie może zrobić. Poradziła mi skupić się na rehabilitacji i dochodzeniu do zdrowia.

W związku z tym, że w krótkim czasie miałam drugą operację i stan się pogorszył, cały czas byłam w pozycji leżącej. Powoli odzyskiwałam czucie w nogach. Lekarze podjęli decyzję o pionowaniu. Miałam silne zawroty głowy i bardzo słabe nogi. Zalecono rehabilitację ruchową, abym ćwiczyła i wzmacniała mięśnie nóg. Po kilku dniach udało się, zrobiłam kilka kroków. Codziennie (z mężem) ćwiczyłam chodzenie przy poręczach, było coraz lepiej. Wrócił apetyt i lepszy humor. Odwiedzała mnie rodzina i znajomi. Wszyscy wierzyliśmy, że będzie coraz lepiej z moim zdrowiem i że wzrok powróci sam.

Pod koniec listopada opuściłam warszawski szpital. Bardzo chciałam wrócić do domu, do synka. Bardzo bałam się jego reakcji, między innymi dlatego, że wyglądałam inaczej. Byłam słaba, nie miałam włosów, nie widziałam. Synek nie widział mnie dwa miesiące- miał wtedy rok i pięć miesięcy więc był małym dzieckiem. Niestety nie weszłam do domu o własnych siłach, poruszałam się z pomocą Artura. Bartuś obserwował całą sytuację i mocno się rozpłakał. Choć był mały, to pamiętał swoją mamę jako uśmiechniętą blondynkę, kobietę której już nie było. Usiadłam na kanapie i poprosiłam go, by do mnie przyszedł i się przytulił. Bartuś wtulony w swojego tatę, cały czas płakał. Artur tłumaczył mu, że mamusia wróciła do domu. Cała rodzina była poruszona tą sytuacją.

Przez łzy starałam uśmiechać się, by mój syn nie bał się matki. Ku mojej radości po chwili wskoczył mi na kolana i mocno się wtulił. Wtedy zrozumiałam, że wybaczył mi długą nieobecność. Do mojego powrotu ze szpitala synek przebywał w domu moich teściów. Opiekowały się nim babcia i ciocia, kiedy wróciłam miał mnie na wyłączność, chciał spać tylko ze mną. Byłam szczęśliwa, że mnie nie odtrącił.

Byłam zaskoczona, ile mój mały syn nauczył się podczas mojej nieobecności. Z jednej strony cieszyłam się, z drugiej miałam żal do losu, opatrzności, że nie mogłam w tym czasie być z nim i uczyć go tego wszystkiego...Wśród najbliższych szybciej wracałam do zdrowia...

Ciąg dalszy nastąpi.

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2018 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl