Zaplanowałem sobie Mariusza, którym chciałem się stać bez względu na to, czy mam ręce, czy nie

Ma 25 lat, piękne wnętrze, dużo samozaparcia, wiele energii, siły. Jest pełen pozytywnego nastawienia do świata, empatii i talentu. Tak naprawdę jedyne, czego nie ma, to ręce, bez których się urodził. Czy to wada? Nie! W jego przypadku na pewno nie! Mariusz Kędzierski ze Świdnicy to osoba, z której każdy z nas (nieważne, czy zdrowy, chory, młody, stary, kobieta, czy mężczyzna) powinien brać przykład!

Najcięższym okresem jego życia były lata wczesnej młodości. Trudno mu było pogodzić się ze swoją fizycznością. Zastanawiał się, dlaczego to akurat on urodził się bez rąk. "Największą moją niepełnosprawnością było to, że byłem nieprzystosowany społecznie. Skupiałem się na tym, że wyglądam inaczej..."-mówi pan Mariusz. "Zacząłem patrzeć na siebie, jak na ofiarę. Byłem przekonany, że każdy mijany człowiek na mnie patrzy, komentuje i mówi coś o mnie pod nosem.

Wiele razy spotykałem się z przykrymi komentarzami. Starałem się być wesoły, ale strach zawsze tlił się gdzieś z tyłu głowy. Na wielu płaszczyznach mnie blokował. Jako nastolatek, który dorasta i staje się coraz bardziej świadomy i który powinienem być coraz bardziej samodzielny, byłem zależny od mamy, od rodzeństwa..."

Przełomem w życiu pana Mariusza był dzień jego 14. urodzin. 10 listopada 2006 roku stanął na wiadukcie. Niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w tory znajdujące się kilkanaście metrów niżej. Czuł się niepotrzebny, niechciany, nieakceptowany. Było mu wszystko jedno... Wtedy stało się coś z pozoru prozaicznego, a jednak niezwykle ważnego. Zadzwonił do niego przyjaciel z pytaniem, gdzie jest. Pan Mariusz odpowiedział, że czeka na pociąg... Jak mówi, obudził się wtedy z jakiegoś głębokiego koszmaru. Zrozumiał, że jednak są ludzie, którym na nim zależy.

"Teraz radzę sobie z wszelkimi przeciwnościami. Od 5 lat mieszkam sam. Sprzątam-oczywiście jak mi się zachce (śmiech), gotuję, prowadzę auto... Nie oznacza to, że nie spotykam się z przykrymi sytuacjami."-zaznacza. "Nawet przedwczoraj dwóch mężczyzn w kolejce do kasy w sklepie pospieszało mnie używając niezbyt atrakcyjnych słów. Kiedyś bym się tym przejął, a teraz? Teraz puściłem te komentarze mimo uszu i wiecie co? Jest mi z tym o niebo lepiej!".

Jak sam mówi, jego osobowość zmieniała się wraz z mijającymi latami. Ten proces wciąż trwa, jeszcze się nie zakończył. To dobrze, bowiem każdy powinien mieć cel w życiu. Celem pana Mariusza jest dążenie do perfekcji. Sam zaznacza, że zapewne nigdy nie osiągnie tego stanu, ale akurat to jest niezwykle motywujące do pracy nad sobą. Z biegiem lat zmienił sposób myślenia z fizycznego na niefizyczny...

"Przestałem skupiać się na tym, jak wyglądam, a zacząłem na tym, co mam w sobie dobrego, np. na pasji do rysowania. Zrozumiałem, że jestem pracowity. Robię więcej, niż niejedna osoba, która ma w życiu łatwiej, bo ma cztery sprawne kończyny"-przyznaje. "Szczerze? Czasem sądzę, że ja wykorzystuje moje ręce i nogi o wiele lepiej, niż niejedna sprawna osoba! Uznałem też, że jestem całkiem inteligentny (śmiech) i że warto to wykorzystać. Skupiłem się na rzeczach, które mogę zmienić, np. spóźnianie się! (śmiech). Słowem-zaplanowałem sobie Mariusza, którym chciałem się stać bez względu na to, czy mam ręce, czy nie. Jeszcze długa droga przede mną, ale jestem już coraz bliżej ideału (śmiech).

Mariusz Kędzierski jest wprawnym rysownikiem i mówcą motywacyjnym. Skąd u niego te umiejętności, skoro nie ma rąk, którymi posługują się tacy rzemieślnicy, a w przeszłości był nieśmiałym nastolatkiem, który sceny i mikrofonu unikał jak ognia?

"Szczerze mówiąc, to na początku bardzo nie lubiłem rysowania! Ale szło mi to całkiem nieźle, bo miałem o wiele bardziej rozwiniętą wyobraźnię i umiejętność kreatywnego myślenia, aniżeli rówieśnicy"-wyjaśnia. "Mam też jedną poważną wadę-niecierpliwość, którą przezwyciężyłem tylko na płaszczyźnie twórczości artystycznej. Tu wykazuję się niezwykłą cierpliwością. W każdym innym aspekcie życia pragnę, by efekty mojej pracy były widoczne tu i teraz. Ale oczywiście początki mojej przygody z ołówkiem były trudne. Miałem inne zainteresowania, jak piłka nożna, pływanie, czy taniec. Wysiłek fizyczny zawsze sprawiał mi wielką frajdę, co zresztą zostało mi do dziś. Nadal regularnie ćwiczę".

Pan Mariusz odwiedza siłownię nie tylko z zamiłowania. Osoby bez rąk często mają problemy z kręgosłupem. Tak też jest u naszego rozmówcy. Jego prawa ręka jest dłuższa od lewej, dlatego bardziej obciąża prawą stronę ciała, nad czym trzeba pracować ćwicząc regularnie, rehabilitując się.

Wydawać by się mogło, że pan Mariusz z pasjami jakie ma, byłby jeszcze szczęśliwszy mając protezy. Okazuje się, że wcale ich nie chce! "Istnieją dwa rodzaje protez"-wyjaśnia. "Statyczne się nie poruszają. Drugim rodzajem są biomechaniczne, które jeszcze do niedawna trzeba było operacyjnie (i to w Stanach Zjednoczonych!) połączyć z kończynami, by odbierały odpowiednie impulsy z mięśni. Po pierwsze koszt takich zabiegów mnie przerastał, a po drugie... wcale tego nie potrzebuję! Z proteazami musiałbym uczyć się życia od nowa, choćby uczuć się rysować od nowa. A po co, skoro radzę sobie naprawdę świetnie!".

I tym sposobem ponownie zahaczyliśmy o temat rysowania, który daje panu Mariuszowi nie tylko chleb, ale i wielką przyjemność oraz możliwość poznawania świata i mnóstwa ludzi!

"Kiedy byłem nastolatkiem przeszedłem jedną z wielu operacji"-wspomina. "Musiałem się rehabilitować, a na profesjonalne zajęcia nie było mnie stać. Rysowanie było jedyną czynnością, którą mogłem wykonywać samodzielnie i tanim kosztem. Pewnego razu zarejestrowałem się nawet na stronie zrzeszającej około 60 tysięcy użytkowników z całego świata pasjonujących się sztuką. Jeden z moich rysunków został wyróżniony jako praca dnia! A co ważne-nikt z głosujących nie wiedział, że jestem niepełnosprawny. Poczułem się dumny, wyróżniony, doceniony i... wtedy rozpoczęła się prawdziwa karuzela z ołówkiem w roli głównej.

Zaczęły do mnie spływać zamówienia od osób zainteresowanych moim talentem. Cieszyłem się, że miałem środki na własne wydatki. Każdy nastolatek by się z tego cieszył (śmiech). Coraz więcej czasu spędzałem nad kartkami, a coraz mniej nad książkami, co zaczęło niepokoić moją mamę. Szczerze? Oczywiście, że wolałem rysować, niż się uczyć (śmiech). Jednak szkołę przykładnie skończyłem i poszedłem nawet na architekturę wnętrz na ASP we Wrocławiu. Niestety ze względów finansowych po trzech miesiącach musiałem z niej zrezygnować".

Ale pan Mariusz znalazł inną drogę nauki-praktykę! Odbył nawet podróż po wielu krajach, podczas której rysował, rysował i jeszcze raz rysował-zarabiając oczywiście! Zobaczył o wiele więcej zakątków świata, niż niejeden sprawny człowiek. Poznał o wiele więcej ciekawych ludzi, niż my-w pełni sprawni.

"Ale i to było dla mnie za mało. Postanowiłem, że będę... gadał! Ja, taki nieśmiały i małomówny...! Moja mama, gdy powiedziałem jej o moich planach zostania mówcą motywacyjnym, złapała się za głowę pamiętając o tym, jakie mam problemy z wystąpieniami publicznymi"śmieje się pan Mariusz. "Po maturze rozniosłem po szkołach ulotki, w których zachęcałem do zaproszenia mnie na spotkania z młodzieżą. Oferowałem, że opowiem im o sobie, o moim życiu...

Zaproszono mnie do szkoły, w której byłem absolwentem. Pomyślałem wtedy okej, zbierze się jakieś 30 osób, więc dam radę przed nimi wystąpić, ale... na spotkanie przyszła niemal cała szkoła! Kiedy zobaczyłem ten tłum, stałem jak sparaliżowany, ale dałem radę. Poszło mi całkiem nieźle i po tym pierwszym razie było już z górki. Nawet dokształciłem się pobierając naukę online w Akademii Głosu."

Tematem wykładów pana Mariusza jest krótka historia o marzeniach. O tym, jak osoba, która nie była szczególnie doceniana i która już u początku życia była w pewnym sensie pozbawiona szans na normalność. O osobie, która słyszała ucz się, bo możesz pracować tylko umysłem. A i w to niestety wątpiono dodając, że małe miasteczko, z którego pochodzi nasz rozmówca nie daje zbyt wielu szans na dobre życie.

"I dlatego  opowiadam o tym, jak marzenia mogą pokierować życiem. Nie tylko chorych, ale i zdrowych osób!"-opowiada. "Po wykładach zawsze dostaje wiele pozytywnych wiadomości, głównie przez Facebooka. Jakiś czas temu prowadziłem korespondencję z dziewczyną chorą na raka, która przyznała, że dostarczam jej wiele siły. Wiem też, że wiele osób jest negatywnie nastawionych do mówców motywacyjnych, ale do czasu...

Często jest tak, że jak sami znajdą się w potrzebie, to szukają u nas pomocy! Kilka dni temu wracałem pociągiem z Warszawy. W WARSie spotkałem pewnego pana, który zobaczywszy mnie nie mógł wyjść z szoku. Opowiedział, że mieszka zagranicą i bardzo często ogląda moje wystąpienia! Wyjaśnił, że kiedyś nie doceniał swojego zdrowia, a teraz poważnie zachorował i dzięki mnie znajduje siłę do walki. To było cudowne doznanie, naprawdę!".

Życie pana Mariusza kręci się na naprawdę wysokich obrotach. Obecnie planuje kilka poważnych przedsięwzięć. Pierwszym jest wystawa jego prac w Nowym Jorku, do którego leci za około półtora miesiąca. Wydarzenie to ma być klamrą zamykającą dotychczasowe 25 lat jego życia, a ich zwieńczeniem książka, która ma powstać jesienią bieżącego roku. Nasz rozmówca jest też w trakcie przygotowywania autorskiej konferencji, której pierwszy cykl będzie nosił nazwę "Uczyń sukces stylem życia".

"Poprowadzę szereg spotkań, podczas których pokażę ludziom, że sukces na różnych płaszczyznach może być regułą. To, co robię, to jest moja praca, ale za Tomkiem Kammelem powtórzę każdego dnia dziękuję temu na górze, że nie mam pracy tylko hobby, za które mi płacą"-wyznaje. "Zarówno rysowanie, jak i bycie mówcą motywacyjnym to coś, co lubię robić. Coś, co daje mi swobodę i szczęście.

Choć przyznaję-zdarzają się gorsze chwile, jak np. te, gdy odwiedzam szpitale. Wtedy właśnie mam wrażenie, że to mnie trochę za mocno obciąża. Bo to, co ludzie o mnie wiedzą, sam im podaję. Do internetu wrzucam to, co chcę i nie pokazuję tego, z czym ja sam się muszę zmierzyć. Czasem dochodzę do siebie kilka dni, jednak wiem też, że nie jestem w stanie rozwiązać wszystkich problemów świata. Mogę tylko pomóc je udźwignąć innym. Tam gdzie mnie potrzebują, tam zawsze się stawiam".

Jest czego zazdrościć, prawda...?

 

Rozmawiała: Katarzyna Ochocka

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2018 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl