Anna Połeć-nie poddawała się i ciągle walczyła o siebie i swoich najbliższych

Ania Połeć nie przestała walczyć nawet, kiedy lekarze nie zostawili jej złudzeń. Mimo postępującej choroby starała się żyć zwyczajnie, nie pozwoliła aby nowotwór zdominował codzienność jej i jej najbliższych. To była długa walka, w czerwcu tego roku życie napisało jej ostatni rozdział. Ania zeszła ze sceny niepokonana.

Historia walki Ani Połeć była jednym z bodźców, dla których zdecydowałem się napisać książkę „#Rak”, wiele życzliwych osób zrobiło mnóstwo rzeczy, żeby pomóc tej dzielnej dziewczynie wygrać z rakiem. Ta walka była jednak długa, wyczerpująca i niesprawiedliwa. Chociaż przeciwnik był znacznie silniejszy, to Ania do końca nie pozwalała mu wygrać. Wierzyła w cud, chciała zmienić mieszkanie na większe, przespacerować się po ukochanych górach i żyć, po prostu żyć.

Ania zachorowała w 2013 roku, lekarze rozpoznali u niej raka piersi. Równolegle z tą samą chorobą walczyła jej siostra– zawsze były sobie bliskie, ale to doświadczenie jeszcze bardziej umocniło wiążącą je więź.

Z jednej strony świadomość, że ona przechodzi przez coś podobnego trzymała mnie na duchu. Z drugiej, wiedziałam, że obie musimy walczyć z całych sił. Nie mam więcej rodzeństwa–wyznała Ania w trakcie naszej rozmowy.

Obie pokonały nowotwór, niestety po latach choroba Ani wróciła i zaatakowała ze zdwojoną siłą. Przerzuty pojawiły się m.in. w kościach i głowie. Wola walki nie opuszczała mojej bohaterki, na którą znajomi zwykli mówić „Brzoza”. Miała dla kogo walczyć, kochała swoją rodzinę z całego serca. Lekarze byli bezradni wobec rosnącego w siłę raka. Jedyną szansą był ibrance–kosztowny i nierefundowany lek. Wiele osób pomogło jej zdobyć pieniądze. Jej przyjaciel Grzegorz Walczak napisał dla niej piosenkę–„Pod Prąd”. Utwór, którego wciąż można posłuchać na YouTubie https://www.youtube.com/watch?v=_03RCAfkwfE powstał, aby Ania zaczęła przyjmować ibrance. Pieniądze na ten cel zbierano także podczas wyjątkowej akcji „Akademii Walki z Rakiem” w tramwaju MZK.

06 grudnia ulicami Torunia, na trasie linii numer 1 przejedzie wyjątkowy tramwaj. Będą w nim nasi wolontariusze ze specjalnymi puszkami. Każdego zachęcamy do wrzucenia nawet symbolicznej złotówki, bo to może uratować życie i zdrowie młodej kobiety– zachęcała dr Małgorzata Rębiałkowska-Stankiewicz.

Mnóstwo akcji charytatywnych z myślą o pomocy swojej siostrze organizowała także siostra Ani, Elżbieta–w planach miała jeszcze wiele pomysłów, aby w swoim rodzinnym Koninie dobrzy ludzie mogli dalej pomagać Ani.

Ela planuje zorganizowanie kolejnej imprezy charytatywnej dla mnie–mówiłam, że jest szalona–napisała mi Ania, kiedy prace nad książką wchodziły w decydującą fazę.

Od początku ta dzielna kobieta była bardzo zaangażowana w powstanie mojego literackiego debiutu. Wielokrotnie deklarowała, że „nie może się już doczekać, kiedy książka wpadnie jej w ręce”. Była jedną z pierwszych osób, z jakimi rozmawiałem.

Nie czuła się wtedy najlepiej, martwił ją przeraźliwie brzmiący kaszel, a mimo to zgodziła się wypić ze mną herbatę i porozmawiać o sprawach trudnych, o których większość ludzi woli zapomnieć. Kiedy w końcu książka ujrzała światło dzienne, to Ania zamówiła aż kilkanaście egzemplarzy dla swoich bliskich–a miała ich naprawdę dużo.

Zabrakło jej na oficjalnej premierze książki w WSB, przysłała jednak swoją przyjaciółkę, aby godnie ją reprezentowała i opowiedziała o tym wyjątkowym dniu.

Ibrance, który był ostatnią nadzieją młodej kobiety nie leczył, powodował jedynie, że rak nie rósł w siłę, nie pojawiały się nowe przerzuty.

Fot. Tomasz Berent

Chociaż Ania i jej bliscy do końca wierzyli, że się uda, to jednak wiara w cud nie wystarczyła. Dzielna pasjonatka teatru i literatury zmarła w czerwcu 2018 roku, kilka dni po moim pierwszym spotkaniu autorskim promującym książkę. Zabrakło jej na widowni w kawiarni PERS, wtedy było już z nią bardzo źle. Nie było jej uśmiechu, jej kaszlu czy przenikliwego spojrzenia.

Ania odeszła w poniedziałek. Małgosia Stankiewicz przysłała mi krótkiego SMS-a, a potem poinformowała o pogrzebie, który był dla wszystkich zaangażowanych w powstawanie książki bardzo trudny. Każdy, kto czytał te intymne zwierzenia czuł jakby stracił kogoś wyjątkowo bliskiego. Jej przyjaciele i rodzina płakali i żegnali dziewczynę, która starała żyć zwyczajnie mimo, że rak siał tak wielkie spustoszenie w jej życiu.

W kościele witając się z przyjaciółkami Ani z "Akademii Walki z Rakiem" usłyszałem wiele ciepłych słów. Adrianek, zdążyłeś, dziękuję–padło tuż przed wejściem do kościoła. Długo nie rozumiałem, o co mogło chodzić. Teraz wiem. Zdążyłem się z nią spotkać i porozmawiać, wysłuchać i opisać tę wyjątkową historię, którą napisało samo życie. Historię nie o tym, jak rak niszczy życie człowieka, tylko o tym jak pomimo raka można żyć na 100 procent i cieszyć się z małych cudów codzienności.

Taka właśnie była Ania, walczyła i kroczyła przez życia z uśmiechem na ustach i dumnie podniesioną głową.

Nie zgadzam się na: „przegrała z rakiem”!–powiedziała podczas pogrzebu Małgosia Stankiewicz. –Ania na każdym etapie tej walki wygrywała. Nawet kiedy było już bardzo źle. Choroba po prostu była silniejsza.

Do końca miała nadzieję, była wdzięczna za każdy kolejny dzień i każde doświadczenie, jakie związane było z "Akademią Walki z Rakiem". Za przyjaciół, za wsparcie i za teatr, który pokochała całym sercem.

–Nigdy nie byłam tak wielką fanką teatru, ale kiedy miałam gorsze dni i nie mogłam sobie poradzić z tym, co mnie spotkało, kiedy zaczęłam wracać do normalnego życia, to spotkałam się z Małgosią Stankiewicz. Po jakimś czasie zaproponowała mi udział w zajęciach teatralnych i postanowiłam spróbować. Ten pomysł okazał się strzałem w 10–tkę. Poznałam lepiej inne dziewczyny, z grupy wsparcia i bardzo się z nimi zżyłam–opowiadała o tym, jak została aktorką.

Wystąpiła w dwóch premierach realizowanych przez podopiecznych Akademii.

Ania odeszła, ale pamięć o niej ciągle żyje. Jej bliscy o niej nigdy nie zapomną, a każdy kto przeczyta zapis naszej rozmowy w książce „#Rak” dowie się, co znaczy żyć pełnią życia.

Nasze ostatnie spotkanie było przy okazji robienia zdjęć ilustrujących moją książkę. Tomek Berent, który jest autorem większości książkowych fotografii, zaproponował, żebyśmy zrobili to jedno wymarzone zdjęcie na Bulwarze Filadelfijskim. Było to lutowe popołudnie, ale w powietrzu czuło się już nadchodzącą wiosnę. W jednym kadrze uchwycono kochającą i zwyczajną rodzinę–uśmiechniętą Anię, w czapce przypominającą uszy Myszki Miki, wspierającego męża Artura, nieśmiałą córkę Natalię oraz rozgadanego fana Harryego Portera i gier planszowych–Mikołaja.

Tego momentu, w którym cała czwórka stała, patrzyła w obiektyw i uśmiechała się ciesząc z tej jednej chwili, nie zapomnę do końca życia.

Adrian Aleksandrowicz

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2019 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl