Chora z urojenia czy hipochondryczka? Historia Marty M. 24-letniej Gliwiczanki

Niejednokrotnie zdarza się, że lekarze twierdzą, że pacjent jest zupełnie zdrowy, tymczasem hipochondryk zmaga się z wieloma dolegliwościami i bólem, który nie odpuszcza i jest nie do zniesienia. Nie pomagają mu coraz to silniejsze środki przeciwbólowe. Człowiek obawia się o własne zdrowie, poszukuje coraz to lepszych specjalistów, nie dowierza wcześniejszym diagnozom. Traci czas i pieniądze, a przez to, że za bardzo skupia się na swoim zdrowiu, odczuwa dolegliwości, które nie do końca muszą być oznaką choroby, takie jak: swędzenie, chrypka, pochrząkiwanie.

Gdy w takiej sytuacji człowiek usłyszy od lekarza, że jest zdrowy i nic mu nie dolega, czuje się zażenowany, bo przecież sam wie najlepiej, że choruje. Wówczas zastanawia się, jak specjalista mógł go tak potraktować, zapewne nie znając się na swojej pracy,  w związku z tym należy poszukać lepszego.

Inaczej jednak niż hipochondryk zachowuje się człowiek chory z urojenia. Cierpi na wymyślone, absurdalne dolegliwości. Ma zaburzenia myślenia, jest nieufny, nadmiernie podejrzliwy. Nie obnosi się ze swoimi dolegliwościami, opisy jego schorzeń są dziwne i nieprawdziwe. Urojenia nie są niczym innym, jak nieuzasadnionymi sądami, niezgodnymi z rzeczywistością. Ich przyczyną najczęściej bywają choroby psychiczne. Pojawiają się także w przebiegu chorób dotykających najczęściej seniorów.

Chory w taki sposób zmaga się  niejednokrotnie z coraz bardziej powszechną depresją. Nie raz od chorego z urojenia można usłyszeć: „Mój żołądek  wątroba nie funkcjonują od dawna”, „Moje serce przestało bić”. Przeciętny człowiek rozumie, że człowiek na takie przypadłości nie może cierpieć, jednak przeświadczenia chorego z urojenia nie są zgodne z rzeczywistością. Bywają efektem halucynacji, wyobraźni. Takie leczenie jest niezwykle trudne i wymaga pomocy psychiatry.

Pacjent sam sobie z problemem nie jest w stanie poradzić, ponieważ ogranicza własne zainteresowania, aktywność życiową, a teraźniejszość, przyszłość ocenia w sposób skrajnie pesymistyczny. Może to jednak doprowadzić do prawdziwej tragedii.

Doświadczeni specjaliści nie są w stanie uwierzyć, że taka historia miała miejsce. Zdrowej, młodej kobiecie, mieszkance  małej wsi z okolic Gliwic wycięto żołądek, śledzionę, część przełyku i węzły chłonne. Dotychczas nikomu w Polsce nie udało się oszukać, wprowadzić w błąd lekarzy i narazić w taki sposób własne zdrowie i życie. Warto zastanowić się, czy osoba przy zdrowych zmysłach byłaby w stanie posunąć się do czegoś takiego?

W 2016 roku Marta M. zgłosiła się do szpitala z wynikami badań wskazującymi na rozległy proces nowotworowy. Wyniki zostały wykonane w powszechnym, edytorskim programie komputerowym. Kobieta korzystała z informacji publikowanych przez innych chorych w internecie. Fałszywa dokumentacja różniła się jednak już na pierwszy rzut oka–między innymi zawierała literówki.

„Chora” sfałszowała wyniki gastroskopii, czyli badania pozwalającego zajrzeć do przewodu pokarmowego,  dzięki wprowadzonej przez usta kamerze oraz badania histopatologicznego, polegającego na pobraniu wycinka z tkanki, która jest objęta zmianami patologicznymi.

Kobieta mieszkała z ojcem, od jakiegoś czasu skarżyła się matce, przebywającej za granicą, na kłopoty zdrowotne. Przesłała także wyniki badań, wskazujące na raka żołądka. Onkolog po zapoznaniu się z dokumentacją zasugerował przeprowadzenie zabiegu usunięcia żołądka, śledziony, węzłów, części przełyku i jelit w Bełchatowie, gdzie stosowana jest innowacyjna metoda leczenia pozajelitowego. Polega na podawaniu składników odżywczych: węglowodanów, tłuszczów, białka, elektrolitów, wody oraz pierwiastków śladowych drogą dożylną.

Pacjentka na podstawie wyników została zakwalifikowana do zabiegu, który niebawem przeprowadzono. Dwudziestoczterolatka wróciła do domu, w towarzystwie mamy. Wkrótce do rodzicielki dotarł anonim z informacją, że córce usunięto zdrowe narządy. Matka pacjentki złożyła w prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.

W tym samym czasie zespól lekarzy z Bełchatowa standardowo zlecił wykonanie ponownego badania usuniętych organów i o dziwo, raka nie wykryto. W tej sprawie pojawiło się wiele szokujących wątków i faktów. Nigdy w rzeczywistości nie były przeprowadzane badania takie jak gastroskopia i histopatologia, z nazwisk dwóch lekarzy, którzy podpisali rzekome wyniki, jeden nie istnieje w ogóle, a drugi jest lekarzem zupełnie innej specjalizacji.

Obok podrobienia dokumentacji pojawił się wątek błędu lekarskiego. Nikt w Bełchatowie nie sprawdził wcześniejszych wyników, nie dokonał ponownych badań w tak poważnej sprawie. Młodej kobiecie przedstawiono zarzut podrobienia i posługiwania się sfałszowaną dokumentacją medyczną.

Zarządzono sądowo–psychiatryczne badania, podczas których chora nie potrafiła wytłumaczyć, czym się kierowała, dlaczego to zrobiła, narażając własne zdrowie, a nawet życie na poważny uszczerbek.

Zebrani biegli lekarze orzekli ograniczoną poczytalność, co za tym idzie, poważne zaburzenia osobowości. Określili problemy zdrowotne mianem zespołu Munchhausena, który polega na wywołaniu objawów somatycznych takich jak kołatanie serca, uczucie braku tchu, uczucie gorąca, pocenie się w celu wymuszenia niezbędnej hospitalizacji.

Młoda gliwiczanka przyznała się do wszystkiego i złożyła obszerne wyjaśnienia. Prokurator wobec niej wystąpił o umorzenie postępowania, dając w ten sposób możliwość podjęcia leczenia psychiatrycznego.

Osoby z takimi zaburzeniami, jak wspomniana kobieta, chorobliwie dążą do zwrócenia na siebie uwagi, za wszelką cenę, nawet swojego życia i zdrowia. W tym wypadku był to poważny zabieg chirurgiczny, który można uznać, był pewnego rodzaju samookaleczeniem. Młoda kobieta nie została skazana jedynie wskazana jako sprawca. W końcu sama doświadczyła konsekwencji swojego lekkomyślnego czynu, a prokuratura wnioskowała o warunkowe umorzenie postępowania. Od  wymierzenia kary odstąpiono wskazując, że aby Marta M. w przyszłości mogła wrócić do równowagi psychicznej, konieczne jest poddanie się przez nią psychoterapii w centrum zdrowia psychicznego w Gliwicach. Miała także pokryć koszty postępowania sądowego oraz dokonać wpłaty w kwocie 500 zł na Rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym przy Pomocy Postpenitencjarnej (zajmującej się świadczeniem pomocy socjalnej więźniom w zakładach karnych oraz wychodzącym z nich). 

Obrońca przyjął z zadowoleniem wyrok zauważając, że otwiera to przed niepoczytalną chorą możliwość powrotu do równowagi, odnalezienia dla siebie miejsca w społeczeństwie, a w przyszłości powrotu do pełnej aktywności życiowej.

Dla Marty M. podobnie jak dla innych chorych z urojenia ważne będzie wsparcie i akceptacja rodziny. Nie bez znaczenia jest także przeszłość dziewczyny i relacje w domu rodzinnym, które mogły mieć wpływ na zaburzenia. Została odebrana rodzicom, gdy miała trzy miesiące, w wieku dwóch lat ją adoptowano. Cierpiała na celiakię (nietolerancję na gluten), miała chore jelita. Przed trafieniem do Domu Dziecka pół roku leżała w szpitalu. To właśnie brak matki w pierwszym okresie życia mógł być przyczyną powstania zaburzeń psychicznych.

Mogła zapamiętać to, że wtedy kiedy była chora, miała problemy, to lekarze, pielęgniarki zwracali na nią uwagę. Wytworzyła własny sposób radzenia sobie z trudnościami i go zachowała. Jej matka wspominała o dobrych relacjach z córką, których ona jakby nie zauważała. Młoda kobieta była skryta, nieśmiała, być może przerosła ją także presja dorosłości.

Jak inni chorzy z urojenia, lecz nie hipochondrycy, nie obnosiła się ze swymi wymyślonymi dolegliwościami. Stała się ofiarą własnych urojeń, zmagała się z depresją, zaburzeniami myślenia. Pochłonięta tym nie zauważała sądów i opinii niezgodnych z rzeczywistością. Zatem można podsumować, że pozostała samotna, chociaż tuż obok była rodzina.

Pacjenci dotknięci zespołem Munchhausena  nie oczekują pomocy medycznej, która przyniesie im ulgę. Szukają raczej samego pomagania, troski, bycia w centrum uwagi. Marta M. stała się symbolem „skoczka szpitalnego”, czyli osoby wędrującej po szpitalach. Schorzenie okazało się poważne i niebezpieczne,  nie tylko dla  niej samej, co pokazuje, że wciąż wierzymy w urojone choroby, a hipochondrycy i chorzy z urojenia to osoby zwyczajne, które można spotkać tuż obok nas.

Magdalena Zając

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2021 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl