Wykształcenie coraz bardziej w cenie czyli jak bardzo różnią się szkoły, do których chodzą nasze dzieci

Wrzesień, maj i czerwiec to miesiące, w których zielone szkoły przeżywają prawdziwe oblężenie. Wyjazdy militarne z noclegiem w koszarach wojskowych, pierwsza pomoc prowadzona w lesie, biegi samarytańskie, gry taktyczne, zajęcia zręcznościowe, walka o wodę–między innymi takie zajęcia oferują firmy, zajmujące się turystyką aktywną.

Na pasjonatów mocniejszych wrażeń czeka trenażer przeciążeń lotniczych, kilkuosobowe biegi na nartach, terenowa gra nocna, zaś dla amatorów nieco łagodniejszych rozrywek–dyskoteki, karaoke, zajęcia z animacją taneczną. Instruktorzy dbając o zmienność rozrywek oferują także naukę maskowania, linowy tor przeszkód, małpi gaj czy też strzelanie z łuku. W ten sposób klasa, która po raz pierwszy spędza ze sobą całe dnie i noce zostaje nakłoniona do współpracy, bo bez tego konkurencja nie zostanie ukończona, a przecież każdy zespół walczy o jak najszybsze i jak najdokładniejsze wykonanie zadań.

Uwrażliwienie na piękno przyrody, obcowanie z prawdziwą florą i fauną, nauka praktycznych umiejętności, związanych z zachowaniem się w sytuacji zagrożenia–to właśnie te czynniki mają duży wpływ na decyzje wychowawców dotyczącą wyjazdu integracyjnego.

Zainteresowanie survivalem szczególnie wzrasta przy sprzyjających warunkach pogodowych. To właśnie wtedy praca wychowawców i instruktorów wkracza w najtrudniejszą fazę. To wychowawcy, a nie instruktorzy zajęć, prowadzący poszczególne bloki tematyczne, są odpowiedzialni za swoich wychowanków–także jeśli chodzi o ewentualne szkody oraz reagowanie w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia.

Instruktor jadący po raz pierwszy na wyjazd tego typu ma wyobrażenie odbiegające od stanu faktycznego. Dwa bloki zajęć, każdy po trzy godziny i sprawa załatwiona? Nic bardziej mylnego.

Przygotowania rozpoczynają się codziennie około godziny 7:00, czasami 6:00 rano. Wieloosobowy pokój dla wszystkich instruktorów, pospiesznie zjadane posiłki, na które można udać się dopiero wtedy, gdy nauczyciele i dzieci opuszczą stołówkę, nerwy, pośpiech, pakowanie aut wyjeżdżających do różnych ośrodków, zajmowanie się nie zawsze tym, co mieściło się w zakresie obowiązków...

Organizatorzy zielonych szkół szukają cięcia kosztów właśnie w instruktorach, którzy w wielu firmach zatrudniani są bez jakiejkolwiek umowy. Niestety, co się z tym wiąże, wielu z nich nie ma także stosownych uprawnień. Można w tym przypadku dyskutować, czy instruktor powinien legitymować się ukończonym kursem na wychowawcą kolonijnego czy wystarczy doświadczenie w pracy z dziećmi lub umiejętność pozyskania ich uwagi i szacunku, jednak podstawowe kwalifikacje lub chociaż sprawdzone umiejętności, takie jak udzielenie pierwszej pomocy, powinny być sprawdzane przez firmę zatrudniającą kilkunastu pracowników na potrzeby jednej szkoły przetrwania.

W przypadku, gdy uczestników jest więcej, niż się spodziewano, na znalezienie brakujących instruktorów pozostaje kilka dni. Stawka za dzień przekraczająca 100 zł, obietnica noclegu i wyżywienia przyciąga młodych ludzi, chcących dorobić przed wakacjami lub przed rozpoczęciem roku akademickiego. Czy wśród nich spotkać można wyłącznie pedagogów, przeszkolonych animatorów, wychowawców kolonijnych? Niestety nie. Instruktorem może zostać każdy. Spawacz, mechanik, bibliotekarka. Wielu z nich radzi sobie zaskakująco dobrze, szybko nawiązując kontakt z młodzieżą, zajmując się montowaniem tras wspinaczkowych i torów przeszkód.

Zielona szkoła jednak szybko zweryfikuje czy są w stanie przetrwać w takiej pracy. Wbrew pozorom wrażliwość instruktora nie zawsze jest pożądaną cechą.

Tego typu wyjazdy organizowane na początku roku według jednych nie zaburzają cyklu pracy, która na dobre jeszcze nie zdążyła się rozpocząć, według innych–odbierają cenny czas, którego potem może zabraknąć z powodu olbrzymiej ilości materiału do przerobienia, z czym mają problem nie tylko uczniowie, ale także nauczyciele. Z kolei gdy na drzewach zaczynają kwitnąć kasztany, co oznacza, że nadchodzą matury, to uczniowie, którzy byliby zwalniani z lekcji z powodu egzaminów dojrzałości kończących się szybciej, są wysyłani do zielonych szkół.

Oferty firm zajmujących się ich organizacją trafiają w ręce nauczycieli same–czy to w formie folderów przysyłanych do szkoły pocztą czy też drogą elektroniczną. Ze względu na mnogość firm na rynku, które konkurują ze sobą  w tej branży, innowacji i zaskakujących pomysłów nie brakuje. Z tego typu ofert bardzo chętnie korzystają szkoły prywatne, z czym miałam okazję spotkać się na wyjeździe, na którym przez kilka dni byłam instruktorką.

Szkoły prywatne rządzą s nieco innymi prawami. Nad tym, czy są to prawa uwarunkowane wysokim czesnym i oczekiwaniami rodziców, którymi przesiąkają dzieci, można dyskutować. Instruktor na takim wyjeździe już na samym początku uczony jest podstawowej rzeczy–nie jesteś tutaj od wychowywania. W praktyce oznacza to, że nawet dziecku, które przeszkadza w prowadzeniu zajęć, dokucza innym, zachowuje się karygodnie, nie można zwrócić uwagi, ani skarcić. W ostateczności można zgłosić to do wychowawcy–do niego należy podjęcie dalszych kroków.

Tego typu zasady nie sprzyjają wpajaniu zasady szacunku i równości. Sprzyjają za to roszczeniowości–bo przecież skoro mama lub tata zapłacili kilkaset złotych za taki wyjazd, to dziecko nie ma prawa się nudzić. Zorganizowanie czasu co do minuty jest zabójcą dziecięcej i młodzieżowej kreatywności, która nie budzi się wtedy, gdy wszystko jest zaplanowane od A do Z.

Główna różnica pomiędzy placówkami publicznymi a niepublicznymi jest znana–za uczęszczanie dziecka do szkoły prywatnej płacone jest czesne. Tego typu szkoły mają najczęściej znacznie szerszą ofertę edukacyjną, aniżeli placówki publiczne. Szersza oferta edukacyjna w praktyce oznacza między innymi naukę nie tylko w języku polskim, ale także angielskim, dodatkowe zajęcia z języka chińskiego lub japońskiego, które są coraz ważniejsze na rynku pracy. Debaty oksfordzkie oraz inne, im bardziej innowacyjne (tym według dyrekcji dla szkoły) tym lepiej zajęcia i metody pracy z dziećmi.

Rankingi szkół pokazują, że uczniowie placówek niepublicznych są laureatami licznych konkursów i olimpiad, a także na bardzo wysokim poziomie zdają egzaminy podsumowujące dany etap nauki. Jednocześnie wśród rodziców dzieci, które zostały posłane do szkół prywatnych pojawiają się głosy niezadowolenia dotyczące tego, że nauczyciele stają się tam kumplami, a nie autorytetami i nadmiernie skracają dystans dzielący ich od uczniów.

Kolejnym problemem, z którymi mierzą się uczniowie szkół prywatnych są relacje społeczne. Szkoła publiczna kształtuje charakter, uczy radzenia sobie w różnych sytuacjach. W szkole prywatnej nie trzeba się szczególnie starać, aby usłyszeć, że jest się w czymś dobrym lub wyjątkowo uzdolnionym. Tam każdy taki ma być. Trudno także wyzbyć się przekonania, że relacje między rodzicami a szkołami prywatnymi są oparte są na świadczeniu usługi za odpowiednią cenę i wyznawaniu zasady, z której często korzystają także dzieci: „Płacę, więc wymagam. Płacę, więc mi wolno.”

Jeśli się nie podoba, jest zbyt drogo, pojawia się problem–trudno, nikt nikogo siłą tam nie trzyma. Zapomina się jednak o tym, że gdzieś pośrodku tej transakcji znajduje się dziecko. A niedaleko dziecka, gdzieś pomiędzy dyrekcją a rodzicem, stoi jeszcze nauczyciel, który nie zarabia tam nawet tyle, aby móc swobodnie się utrzymać. Pełen etat wynosi najczęściej 40 godzin tygodniowej pracy, a zapisy Karty Nauczyciela nie obowiązują.

Przed dylematem dotyczącym wyboru placówki publicznej lub prywatnej stoją także rodzice dzieci niepełnosprawnych. W ich przypadku wybór szkoły wiąże się także z decyzją dotyczącą zamieszkania dziecka w internacie, co oferują niektóre szkoły. Szkoły powszechne przeznaczone są dla dzieci, które mieszkają w ich rejonie, te z oddziałami integracyjnymi mają za zadanie łączyć środowisko dzieci zdrowych ze środowiskiem dzieci niepełnosprawnych.

W tych placówkach w 15–20 osobowych klasach znaleźć można 3–5 dzieci z dysfunkcją i orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego. W specjalnie przystosowanych dla potrzeb uczniów szkołach specjalnych zatrudnieni są nauczyciele z kwalifikacjami niezbędnymi do pracy z dziećmi z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Niestety, nie wszystkie placówki publiczne są przygotowane na przyjęcie uczniów z dysfunkcjami i rodzice spotykają się z odmowami.

Jako rozwiązanie i alternatywa wówczas jawią się prywatne placówki, które są w stanie zapewnić uczniowi warunki do nauki oraz wypoczynku, a więc ich rola jest zgoła odmienna od zadania, które realizują w związku z dziećmi zdrowymi, posyłanymi tam, aby od najmłodszych lat zapewnić im start, który ma stać się przepustką otwierającą drzwi do kariery.

Niestety, bardzo często ceną, którą płacą za lekcje gry na fortepianie, szachy, badminton i język chiński jest brak wolnego czasu niezbędny do prawidłowego rozwoju emocjonalnego i społecznego dziecka.

Magdalena Zając

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2018 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl