Paranoik? Psychopata? Schizofrenik? A może osoba zupełnie zdrowa? Schizofrenia paranoidalna–czy jest się czego bać…?

Nie milkną głosy, w związku z tragicznymi wydarzeniami, do których doszło podczas gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wydarzenie jednoczące Polaków od Bałtyku aż po Tatry stało się obecnie płaszczyzną społecznych podziałów. Większość jest jednak zgodna w kwestii dotyczącej ukarania Stefana W., który dopuścił się morderstwa, który wszedł się na scenę z nieprawdziwą plakietk, wydawaną przedstawicielom mediów i tam kilkukrotnie dźgnął nożem Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska.

Jak się okazuje, fanatyczny przeciwnik Platformy Obywatelskiej, który chwilę po ataku na prezydenta Gdańska krzyczał ze sceny: „Siedziałem niewinny w więzieniu! Platforma Obywatelska mnie tam torturowała. Dlatego właśnie zginął Adamowicz!", może za swój czyn wcale nie trafić do więzienia, pomimo tego, że w świetle prawa grozi mu dożywocie.

W Polsce na schizofrenię paranoidalną choruje niemal 400 tysięcy osób. Połowa z nich jest nieświadoma tego, że to właśnie choroba zmieniła ich życie. Najczęściej są to osoby młode–przed trzydziestym rokiem życia. W takich przypadkach zostają najczęściej otoczone opieką swoich najbliższych, którzy początkowo nie mając pojęcia, jak będzie wyglądało ich dalsze życie, decydują się wziąć na siebie większość obowiązków chorej osoby.

Po dłuższym lub krótszym czasie sami opiekunowie często znajdują się na krawędzi depresji. Czy podobnie było w przypadku Stefana W. i mieszkającej razem z nim matki?
Wiadomo, że był leczony w Poradni Zdrowia Psychicznego i rozpoznano u niego schizofrenię paranoidalną. Dwudziestosiedmioletni mieszkaniec Gdańska pięć lat temu został skazany za czterokrotne napady na banki z bronią w ręku. Utrzymywał się głównie z pieniędzy swojej matki, która charakteryzuje syna jako „niedojrzałego emocjonalnie”. W wolnym czasie lubił grać w brutalne gry komputerowe. Podstawowe wykształcenie i brak jakiegokolwiek zawodu nie ułatwiały mu odnalezienia się na rynku pracy.

Jego problemy psychiczne rozpoczęły się po przenosinach z Aresztu Śledczego w Gdańsku, gdzie był uznany za niebezpiecznego więźnia do Zakładu Karnego w Malborku. Wdrożono obserwację sądowniczo–psychiatryczną, a po pogorszeniu stanu zdrowia i stwierdzeniu zaburzeń zachowania i emocji oraz specyficznych zaburzeń rozwoju przeniesiono go na Oddział Psychiatrii Sądowej w Areszcie Śledczym w Szczecinie, gdzie przebywał pomiędzy lutym, a kwietniem 2016 roku.

To wówczas pobytu na oddziale psychiatrii zdiagnozowana została u niego schizofrenia. Miał przyjmować leki i uczęszczać na terapię. W okresie poprzedzającym atak na gdańskiego prezydenta nie otrzymywał ani jednego z tych zaleceń. Przebywając w więzieniu, gdzie miał zapewniony dach nad głową, wyżywienie, nie był zmuszany do podjęcia leczenia, miał szanse nawiązać kontakty z ludźmi, którzy myśleli podobnie jak on. Po wyjściu na wolność zdawał sobie sprawę, że nie odnajduje się w takiej rzeczywistości i nie da sobie z nią rady.

Opinie na temat jego poczytalności są podzielone także wśród samych specjalistów. Jedni zastanawiają się nad lukami w polskimi prawie, które umożliwiają osobie ze zdiagnozowaną schizofrenią wyjście z więzienia na wolność bez konieczności dalszego leczenia, inni zaś twierdzą, że u Stefana W. schizofrenia nigdy nie występowała. Lek. med. Krzysztof Woźniak, który jest długoletnim biegłym sądowym i specjalistą w dziedzinie psychiatrii uważa, że działanie agresora miało miejsce w stanie wzburzenia, ale jego demonstracyjne zachowanie na scenie tuż po ataku, precyzja w zadawaniu ciosów sygnalizują, że było zaplanowane–w związku z czym sam czyn nie nosi znamion niepoczytalności.

Ponadto w momencie ogłoszenia pierwszego wyroku, był uznawany za osobę zdrową–w przeciwnym razie nie mógłby trafić do więzienia, a zostałby poddany leczeniu. Kolejna kwestia, którą porusza Krzysztof Woźniak dotyczy zdjęć z Wysp Kanaryjskich, na których znajduje się Stefan W. „Ludzie cierpiący na takie schorzenie, tak się nie zachowują. Oni się izolują od otoczenia.” –dodaje w rozmowie z Jackiem Międlarem.

Paranoik? Psychopata? Schizofrenik? A może osoba zupełnie zdrowa?
Na to pytanie odpowiedź mają w najbliższym czasie znaleźć biegli sądowi. Należy jednak pamiętać o tym, że większość schizofreników nie stwarza śmiertelnego zagrożenia dla otoczenia i przyjmując leki są w stanie poprawnie funkcjonować.

Dopuszczalny jest jeszcze jeden scenariusz: symulacja. Niektórzy mówią, że biegli psychiatrzy wychwytują tego typu manipulacje. Inni z kolei twierdzą, że wśród zdiagnozowanych schizofreników znajduje się grupa tych, którzy nigdy jej nie mieli, lecz umiejętnie sygnalizowali, że zmagają się z tą chorobą. Wydawać by się mogło, że psychiatry nie da rady oszukać, jednak mylne jest to wrażenie. Na dowód tego, jak czasami, pochopnie są stawiane diagnozy pokazuje eksperyment prof. Rosenhana, który w 1968 roku przeprowadził, rzucając zupełnie inne światło na dotychczasową diagnostykę chorób psychicznych.

W ramach eksperymentu, którego wyniki zostały opublikowane w naukowym magazynie „Science” pod frapującym tytułem „Zdrowy w chorym otoczeniu” zastanawiał się nad tym, co powoduje, że jeden człowiek zostaje zdefiniowany jako psychicznie zdrowy, a drugi jako psychicznie chory. Podważył to, że chorobę psychiczną da się zdefiniować na podstawie obiektywnych przesłanek–uważał, że diagnoza zależy od subiektywnego postrzegania pacjenta przez lekarza. Osoby biorące udział w projekcie miały sprawiać wrażenie, że chorują na schizofrenię. Po umówieniu zjawiały się w klinice psychiatrycznej, podając nieprawdziwe dane osobowe i zawody oraz informowali lekarza, że słyszą „próżne, puste i głuche głosy”, które nie widnieją w medycznych opisach.

W siedmiu przypadkach diagnoza, którą usłyszeli brzmiała: schizofrenia, w jednym: zespół depresyjno–maniakalny. Od momentu umieszczenia ich w klinice zachowywali się zwyczajnie, jak całkowicie zdrowe osoby. Wypowiadali się rzeczowo, nie wspominali więcej o głosach, chętnie współpracowali, starając się przekonać wszystkich do swojego zdrowia psychicznego. Spotykali się z aktami fizycznej i psychicznej brutalności personelu medycznego, lekceważeniem, a każde ich zachowanie–nawet takie jak sporządzanie notatek badawczych–uznawano za przejaw choroby psychicznej. Ich pobyt w szpitalach trwał średnio 3 tygodnie. Wyjście mogło nastąpić wówczas, gdy pacjent przyznawał się do swojej choroby. Wówczas mógł liczyć na zdiagnozowanie „schizofrenii w remisji” i opuszczenie tego miejsca…

Gdy wyniki badań ujrzały światło dzienne, wśród psychiatrów zawrzało. Eksperyment nazwano „metodycznie wybrakowanym”, a dyrektor jednego ze szpitali zapewnił, że coś takiego w jego klinice nie miałoby miejsca. W oparciu o to zdanie, Rosenhan zdecydował się na dalszą część eksperymentu. Zaproponował owemu dyrektorowi sprawdzenie jego hipotezy zastrzegając, że wyśle tam w ciągu 3 miesięcy swoich pseudopacjentów. Po wskazanych trzech miesiącach nastąpiło zweryfikowanie wyników–ze 193 pacjentów 41 określono jako podejrzanych o bycie pseudopacjentem i symulowanie objawów, a 42 zdemaskowano. Kluczowe jednak w kontekście wyciągnięcia wniosków z tego badania było to, że w drugiej fazie projektu Rosenhan żadnego pseudopacjenta do kliniki nie wysłał...

Nierozpoznana lub źle rozpoznana schizofrenia może przynieść tragiczne skutki. Osoby z tego typu zaburzeniami, które dopuszczają się ciężkich przestępstw takich jak morderstwo, najczęściej wychodzą ze szpitali psychiatrycznych po kilku latach–nie spędzają tam wielu lat, czyli tak długiego czasu, na jaki zostaliby skazani podczas procesu sądowego.

W Stanach Zjednoczonych zabójca z zaburzeniami psychicznymi w szpitalu spędza co najmniej około dwudziestu lat, zaś luki w polskim prawie powodują, że chorzy psychicznie przestępcy mogą po kilku latach wyjść ze szpitala i napadać lub zabijać dalej. Ofiarami bardzo często są najbliżsi. „Z informacji Komendy Głównej Policji wynika, że każdego dnia funkcjonariusze w całym kraju są wzywani do kilkudziesięciu, a nawet kilkuset chorych psychicznie osób, zachowujących się agresywnie. Jeśli coś pójdzie nie tak i ktoś ginie, najłatwiej obwiniać policję: bo działała nieprofesjonalnie lub nie przyjechała na czas.

Tymczasem problem jest bardziej złożony. Nikt nie chce uderzyć się w pierś, chociaż winę za taki stan rzeczy ponoszą także lekarze, prokuratorzy i sędziowie, którzy zamiast zapobiegać–poniekąd przyzwalają na tragiczny finał.” Kary mógł uniknąć także sprawca masakry na wyspie Utoya, Anders Breivik. Po 36 godzinach rozmowy z zabójcą, psychiatrzy stwierdzili u niego schizofrenię paranoidalną, co oznaczałoby uniknięcie pobytu w więzieniu. Zbulwersowane norweskie społeczeństwo doprowadziło do tego, że przeprowadzono kolejne badania. Wówczas ustalono, że w momencie dokonywania zbrodni Breivik był poczytalny. Jego adwokat wyjawił, że była to świadoma próba zmanipulowania biegłych.

Zgadywanie myśli innych nie było objawem schizofrenii, a konsekwencją pracy w telemarketingu, gdzie odgadywanie cudzych oczekiwań należało do jego zadań. Tekst na ten temat został opublikowany przez Światową Organizację Psychiatryczną, aby pokazać, do czego mogą doprowadzić niedokładne diagnozy.

O niejednej tego typu historii można przeczytać w magazynie Focus, w którym opublikowany został artykuł na temat psychicznie chorych zabójców. „Tamtą grudniową noc 2007 roku Elżbieta Ś. spędziła u syna, właśnie tam gdzie szukała schronienia, gdy nasilały się objawy choroby męża. Żyła nadzieją, że kiedyś ten koszmar się skończy. Krajowa Komisja Psychiatryczna, czyli dziewięcioosobowe grono złożone z lekarzy i przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia, stwierdziła przecież, że jej mąż stanowi poważne zagrożenie, a sąd orzekł wobec niego przymusowe leczenie w szpitalu psychiatrycznym. Ale decyzja pozostała na papierze–w szpitalu w Międzyrzeczu, gdzie miał trafić chory, przez szesnaście miesięcy nie było wolnego miejsca, a gdy już się zwolniło, Lech Ś. złamał nogę, więc termin przyjęcia na oddział znów się przesunął. Pod koniec listopada patrol policji przywiózł schizofrenika na komendę. Tego samego dnia chory wrócił do domu. Dziewięć dni później zamordował żonę. Nikomu nie przyszło na myśl, by spróbować go umieścić w innym szpitalu.”

Rodziny w takich sytuacjach bardzo często zostają bez pomocy. Żona schizofrenika mieszkająca razem z nim we Włochach (na terenie Polski) nie znała jego przeszłości. Nie wiedziała, że zabił swoją pierwszą żonę, ani o tym, że potem próbował się zabić. Gdy tylko się o tym dowiedziała–prosiła policję o pomoc i przyznanie ochrony. Pomoc nie przyszła. Mąż pociął ją nożem i podpalił. Gdyby nie tragedia, do której doszło w Wołominie w 2009 roku, przepisy dotyczące tego, że policja może podczas interwencji w związku z osobami, które wskazują na zaburzenia psychiczne używać paralizatora elektrycznego i siatki obezwładniającej, może do dnia dzisiejszego nie byłyby opracowane. W szpitalach, w których znajdowali się psychicznie chorzy pacjenci m.in. schizofrenicy, którzy dopuścili się przestępstw, także dochodziło do tragedii takich jak mordowanie innych pacjentów.

Przepisy, które miał ukrócić te tragedie weszły w życiem w 2001 roku. Najbardziej niebezpieczni pacjenci psychiatryczni mieli być kierowani do szpitali przypominających zakłady karne. Utworzono je w Gostyninie, Branicach i Starogardzie Gdańskim. „Otoczone sześciometrowym gładkim murem, okratowane we wszystkich pomieszczeniach, monitorowane za pomocą kamer telewizyjnych przez 24 godziny na dobę. System alarmowy ostrzega przed niekontrolowanym otwarciem drzwi i okien. Ze względów bezpieczeństwa personel przynajmniej dwukrotnie przewyższa liczebnością pacjentów, a każdy lekarz i sanitariusz ma przy sobie indywidualne urządzenie alarmowe. W samym tylko Gostyninie na wyposażenie pawilonów w systemy bezpieczeństwa wydano 6 milionów złotych. Opłaciło się." Zatrudnieni są tam nawet ochroniarze, aby każdy mógł czuć się naprawdę bezpiecznie.

W polskim więziennictwie, po gdańskiej tragedii, szykują się zmiany. Obowiązkowe testy psychologiczne dla więźniów, którzy kończą odsiadywanie kary, możliwość wydania nakazu dotyczącego przymusowego leczenia. Do rozwiązania pozostaje również kwestia kolejnych ośrodków, gdzie będą mogli przebywać chorzy psychicznie osadzeni.

Polskie więziennictwo czeka jeszcze długa droga, do rozwiązania niedotykanego przez wiele lat obszaru dotyczącego osób (skazanych prawomocnymi wyrokami) chorych psychicznie, niepełnosprawnych intelektualnie–będących na etapie rozwoju kilkuletniego dziecka, więźniów–pseudoschizofreników i wielokrotnych przestępców, którzy nieleczeni są zagrożeniem dla całego społeczeństwa.

Magdalena Zając

źródła:
1.https://wiadomosci.wp.pl/zabojca-pawla-adamowicza-mial-schizofrenie-paranoidalna-niedawno-odstawil-leki-6338467136469121a
2.https://wprawo.pl/2019/01/16/nie-sadze-zeby-stefan-w-cierpial-na-schizofrenie-wywiad-z-psychiatra-krzysztofem-wozniakiem/
3.http://www.eioba.pl/a/2asu/eksperyment-rosenhana-jak-latwo-zostac-schizofrenikiem
4.https://www.focus.pl/artykul/psychicznie-chorzy-zabojcy
5.https://www.rp.pl/Prawo-karne/301189930-Obowiazkowe-testy-psychologiczne-przed-wyjsciem-z-wiezienia---resorty-szykuja-zmiany-w-prawie.html
6.https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/zrozumiec-zbrodnie-analiza-ewy-ornackiej/xg7j96y?fbclid=IwAR17xq5O4vxwxtO0L_QNAoX9jAz8tcFbiLyDqzLxaw8nX5O1ru4DQinMOUg
 

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2019 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl