Ankieta:

Czy chiałabyś/ chciałbyś żeby Twoje składki wpływały na Twoje prywatne subkonto, którym mogłabyś/ mogłbyś dysponować w czasie leczenia, choroby?

Historia Noemi, czyli jak działa wiara i pozytywne myślenie

Noemi ma własny sposób na raka. Wręcz patent. Nie przyjmuje go do wiadomości. Zaraża wiarą i optymizmem. Nie kryje, że za jej zwycięstwami w walce z chorobą stoi szczęśliwy splot okoliczności, przypadków. I oczywiście–ludzie. Jest też dowodem na to, że warto zaufać własnej intuicji. Nie odpuszczać, gdy cię wypraszają, np. z izby przyjęć w szpitalu.

Lipcowe przedpołudnie. Drobna, obcięta krótko dziewczyna wychodzi na spacer z labradorem. Idzie żwawo razem z psem na smyczy obok, który chętnie urwałby się i pobiegł w przód, ale dzielnie czeka na odpowiedni do zabawy moment. Noemi cieszy się z pięknej pogody. Pierwszy raz od wielu dni nie pada.

–Nauczyłam się doceniać takie chwile–mówi Noemi z uśmiechem, gdy siadamy kilkanaście minut później w obszernym, gustownie urządzonym salonie w domu na toruńskim osiedlu. Jest jasno, przestronnie. Dookoła zieleń. Na jednej z wyeksponowanych ścian portret synków Noemi.

–Przez 11 lat mieszkaliśmy z mężem w Finlandii. Ciężko pracowaliśmy, by wybudować ten wymarzony dom–przyznaje Noemi. –Pracowałam w zawodzie, uczyłam też tańca. –Gdy wróciliśmy do Polski byłam w drugiej ciąży. –Tam urodziłam pierwsze dziecko. Miałam więc porównanie. Znieczulenie w tamtejszych szpitalach to nic nadzwyczajnego, każda kobieta może o nie poprosić, by ulżyć sobie w bólu, to norma. A tutaj? Brak słów, jest praktycznie niedostępne. Na szczęście szybko urodziłam.

Po powrocie zderzyli się z polską rzeczywistością, jeśli chodzi o podejście ludzi do życia. W Finlandii przeważnie otwarci, szczerzy, optymistyczni oraz tolerancyjni. Tu często zawistni, negatywni, narzekający. Na szczęście zdołali się przestawić dzięki pozytywnemu nastawieniu, dobrej organizacji planu na Polskę, a także wsparciu przyjaciół i rodziny. Szukali pokrewnych dusz. To trwało pół roku, potem wiedzieli już, że Polska to jest ich miejsce.

Noemi skończyła turystykę i hotelarstwo. Zarówno w Finlandii, jak i po powrocie do kraju, pracowała w zawodzie. Wieczorami kontynuowała również lekcje tańca, gdy dzieci już nie chodziły do przedszkola i żłobka. Niestety ulubiona praca w zawodzie stawała się coraz bardziej uciążliwa i mniej lubiana przez Noemi, gdyż tu trafiła na nieprzyjemnego szefa. –Jestem osobą przyjaźnie do ludzi nastawioną. Mam doświadczenie. Znam się trochę na tym, co robię. Tymczasem, szef negował wszystko oraz szukał tzw. „dziury w całym”. Mąż pracował w rozjazdach. Podczas kilku pierwszych miesięcy mąż rzadko bywał w domu w tygodniu ze względu na szereg szkoleń. Pomagali mi rodzice. Dawałam jakoś radę, ale byłam zagoniona, przemęczona i zestresowana.

–W pewnym momencie zaczęła mnie boleć głowa. Do tego stopnia, że tak, jak wcześniej nigdy tabletek nie brałam, zawsze masaż i odpowiednie oddychanie pomagały, tak byłam zmuszona zacząć je łykać, ból był nie do zniesienia. Leki przeciwbólowe nie działały. Zrzucałam w myślach winę na szefa, pracę, brak snu.

Z pracy jechała po dzieci. Maluchy musiała odebrać ze żłobka i przedszkola. Brakowało czasu na życie rodzinne i dom. Nie czuła się do końca spełniona. Teraz już zdaje sobie sprawę, że za dużo chciała naraz. Za wiele od siebie wymagała. Wyścig szczurów to zbędny sport–mówi Noemi.

A głowa bolała coraz częściej i mocniej. Cała czaszka, dookoła. Najbardziej czoło. Myślała, że to migrena. Gdy wchodziła do pracy, ból się dodatkowo nasilał. Potem–nawet niezależnie od pracy. Po powrocie do domu kładła się i leżała godzinami. –Przecież nic mi nie jest–tłumaczyła. –To pewnie przemęczenie.

Latem rodzice zgodzili się zostać z wnukami a ona z mężem i znajomymi postanowili zabawić się na Ibizie. Na początku czuła się nieźle. Po dwóch dniach nagle, przed śniadaniem zrobiło jej się niedobrze. Głowa pękała. Lekarz stwierdził, że to pewnie udar słoneczny. Dostała zastrzyk. Dolegliwości minęły i nie wróciły do końca pobytu. Na trzeci dzień wsiadła do wyrzutni w parku rozrywki… Nic specjalnego od razu się wtedy nie wydarzyło. –To była świetna zabawa–wspomina Noemi.

Po tym urlopie wybrali się jeszcze z dziećmi do Niemiec. Głowa trochę dokuczała, ale mniej.

Po powrocie umówiła się z koleżankami do kina. Ból głowy znowu powrócił. Po zażyciu silnej tabletki pod doradztwem koleżanek ból jednak nie ustąpił. Po tym zdarzeniu ból prawie już nie ustawał. Nagle, po kilku dniach zaczęło się drętwienie lewej część twarzy. Po wizycie u neurologa stwierdzono, że to zapalenie nerwu twarzowego trójdzielnego. Lekarz przepisał leki. Nieskuteczne.

Kobieta nadal jeździła samochodem. Kiedyś zatrzymała się, żeby zwymiotować. Wymioty się powtarzały. Drętwienie twarzy nie ustawało. Ból głowy był nie do zniesienia…

–To teść kategorycznie stwierdził, że dłużej nie można czekać. Skontaktował się ze znajomym specjalistą. A ten poradził, żeby jechać na ostry dyżur do szpitala. Nawet bez skierowania. Można powiedzieć, że tymi słowami uratował mi życie–podkreśla Noemi. –Nie protestowałam. To był impuls. Chwyciłam torbę i pojechaliśmy z mężem. Czułam, że coś jest nie tak, że tym razem to konieczne, by pojechać i sprawdzić, co się dzieje. Potrzebowałam fachowej pomocy.

Na miejscu poprosili o rozmowę z dyżurnym neurologiem. Pani doktor chciała wyprosić z gabinetu męża Noemi, ale ten postawił na swoim. Został. Opowiedzieli, co się dzieje. Jakie są objawy. Usłyszeli, że w szpitalu nie ma miejsca dla młodych pacjentów z bólem głowy. Tylko umierających przyjmują. I, że nie ma szans na zrobienie specjalistycznego badania, bo w pracowni czeka kolejka „trudnych przypadków”.

–Mąż nie dał za wygraną. Poprosił o odmowę na piśmie–wspomina Noemi. –Poskutkowało. Kazali mi zrobić badanie krwi, potem iść na tomografię komputerową. Samej po schodach. Po badaniu lekarz nawet pomógł mi usiąść. Kazali jechać wózkiem. Zawieźli na neurologię. Przydzielili salę, łóżko.

Przyszła kolejna lekarka, żeby oznajmić wstępną diagnozę. –Zaznaczyła, abym się nie denerwowała, ale to nowotwór, guz mózgu–mówi Noemi. –Jeszcze nie wiadomo, jaki jest duży oraz, że miałam szczęście, że dzisiaj tu trafiłam.  Zaufałam jej. Mąż był przerażony. Oboje byliśmy w szoku. Pamiętam, że czułam wewnętrzny spokój. Synom mąż nie wyjawił szczegółów, wolałam, by dzieci pozostały spokojne i zapewniałam, że mama niebawem wróci do domu. Szybko zawiadomiłam rodzinę, najpierw przez internet, ale potem postanowiłam do wszystkich zadzwonić, by usłyszeli mój spokojny głos. To ja ich uspokajałam. Cały czas to robiłam. Byłam pozytywnie nastawiona i wiedziałam, że nie ma powodu panikować, że wszystko będzie dobrze.

Spotkali sympatyczną osobę z toruńskiej służby zdrowia, która doradziła, by skontaktowali się z pewnym neurochirurgiem w Bydgoszczy. Tak też zrobili. –Ku naszemu szczęściu szybko udało się mnie przyjąć do szpitala wojskowego w Bydgoszczy–wspomina Noemi. –W ciągu krótkiego czasu miałam też przeprowadzone niezbędne badania. Okazało się, że guz był wielkości piłki tenisowej. I, że to glejak

–Ja sama nie chciałam wtedy znać za dużo szczegółów, jaki to guz. Jakiej wielkości. Wiedziałam tylko, że czeka mnie operacja–przyznaje Noemi. –Mąż stanął na wysokości zadania. Cały czas mieliśmy wsparcie rodziny. Pomogła mi wiara w Boga. Duchowe nastawienie. Czułam wewnętrzną siłę. Nie bałam się. Nie przyjmowałam żadnych negatywnych myśli.

Do operacji doszło nie od razu, bo trzeba ją było przekładać. Ze względu na niekorzystne wskaźniki krzepliwości krwi. Ale przed samą operacją okazało się, że guza można wyciąć w całości choć chirurg zaznaczył, że to będzie ryzykowne i może grozić niedowład lewej strony ciała. Na szczęście operacja przebiegła pomyślnie. Noemi ufała, że jest w dobrych rękach. Mąż zapewniał–Będzie cię operował jeden z najlepszych chirurgów w tej dziedzinie. Co prawda po operacji była cała spuchnięta i zniekształcona, ale szybko dochodziła do siebie. W pierwszej dobie sama dotarła do toalety.

Zazwyczaj, jeśli coś złego ma wydarzyć się po operacji, to w drugiej dobie. Ja byłam już w czwartej. Sąsiadka z sali chrapała, poprosiłam o coś na sen–wspomina Noemi. –W nocy dostałam wylewu krwi do mózgu podczas snu, o czym nie miałam pojęcia. To cud, że zajrzała do mnie wtedy dyżurna pielęgniarka. Kolejny raz na mojej drodze pojawiła się osoba, której zwyczajna troska uratowała mi życie. Tyle zbiegów okoliczności… Jak się obudziłam, byłam już po operacji ratującej życie. Gdyby ta pielęgniarka wtedy nie przyszła, byłabym już po tamtej stronie, to były słowa mojego lekarza. Nic nie dzieje się przypadkiem–mówi Noemi.

Przeszła chemioterapię i radioterapię. Przed chemią miała dylemat: Jak ma to przyjąć i znieść? Osoba, która stawia na wszystko, co naturalne? Wujek jej wtedy uświadomił, że ma do tego podejść, jak do czegoś, co jest konieczne, potrzebne i wierzyć w to, że to najlepsza i właściwa dla niej droga. Dostała chemię w tabletkach. Nie miała żadnych efektów ubocznych. Nawet włosy jej nie wypadły, choć na wszelki wypadek obcięła je na zapałkę, bo nie chciała patrzeć jak powoli traci swoje długie włosy.

W międzyczasie myślała o innych, alternatywnych metodach leczenia. Słyszała m.in. o medycznej marihuanie, ale wtedy jej koszty mogły zniechęcić. Poza tym dowiedziała się, że nie zawsze jest skuteczna (brak badań ze względu na to, że wtedy w Polsce była nielegalna). Szukali z rodziną dalej. Dzięki kolejnej dobrej duszy natknęli się na lecznicze miody oczyszczone z kadmu i ołowiu. Trafili do  pani profesor medycyny z Białegostoku, która po przeprowadzeniu dogłębnych i wieloletnich badań na glejakach zaleca takie miody, m.in. pacjentom z glejakiem mózgu z odpowiednio dopasowanym stężeniem propolisu. Opracowuje recepturę dla konkretnej osoby. Miód, który dostała Noemi, to w 70 procentach propolis. Na pewno wspomaga jej leczenie.

Noemi musiała przestawić całe swoje życie. Przede wszystkim przewartościowała je. Bardziej dba o siebie. O swoje ciało i duszę. Praktycznie nie korzysta z telefonu komórkowego. Stosuje specjalną dietę. Zrezygnowała m.in. z mięsa, cukru, bo to ”żywiciele” raka. Stawia na to, co daje natura, owoce, warzywa, ziarna, codziennie pije wyciskane soki warzywne i owocowe, regularnie dotlenia mózg na spacerach–to jeden z argumentów wskazujących na decyzję o zakupieniu pieska–wspomina. –Wcześniej zagubiliśmy się troszkę i często brakowało nam czasu na spacer, teraz jest inaczej.

Ale najważniejsze jest pozytywne nastawienie, naprawdę trzeba w to wierzyć, ale także ludzie wokół i ich wsparcie–podkreśla Noemi. –Nawet w szpitalu zasypiając wieczorem zawsze pozytywnie myślałam, wyobrażałam sobie siebie zdrową i uśmiechniętą, rozmyślałam o tym, co ciekawego będę robiła po powrocie do domu, o tym co ważne, co ważniejsze, a co najważniejsze. Cieszę się każdym dniem i jestem wdzięczna za każdą chwilę mi daną tu na Ziemi wśród bliskich i kochających. Choć po wylewie utraciłam częściowo wzrok ze względu na uszkodzenie neurologiczne i przez to nie mogę już pracować w zawodzie, to nadal wierzę, że pewnego dnia jeszcze wejdę na deskę snowboardową, czy usiądę za kierownicą, że odwiedzę Australię. Teraz jednak liczy się to co jest, że czuję się bardzo dobrze, że spędzam czas z rodziną, że chodzę i jestem sprawna, że mogę tańczyć. Każdego zawsze traktuję, jakby był moim aniołem, który przynosi niezbędne mi doświadczenia, aby żyć bardziej świadomie.

Były trudne momenty, były chwile zwątpienia, były łzy, ból oraz brakowało siły i energii, lecz zawsze udało mi się podnieść i przypomnieć sobie, że byłam jedną nogą na tamtym świecie zupełnie nieświadoma, bezradna i bezbronna, jednak Bóg zdecydował, że jeszcze nie czas–dlatego wierzę, ze mam coś ważnego tu do zrobienia, jak każdy z nas, myślę…

Na każdego staramy się z mężem patrzeć teraz neutralnie, w dzisiejszych czasach nie jest to łatwe. Ludzie generalnie się obwiniają, oceniają na każdym kroku siebie, innych, każdą sytuację itd. zapomnieliśmy się! Żyjemy w stałym lęku, że się spóźnimy, lęku o dzieci, o pracę. O to, jak nas postrzegają inni itp. Mało kto potrafi zatrzymać się w tym pędzącym świecie i patrzeć na wszystko z miłością, z wdzięcznością. Przecież nic ze sobą nie zabierzemy gdzieś tam. Mieliśmy z rodziną dużo czasu na rozmyślanie nad tym co w życiu najważniejsze–ŻYCIE.

Dużo refleksji i wspaniałych, miłujących myśli–cały czas pracujemy nad sobą, aby każdy dzień był wyjątkowy! Też się czasami zapominamy–ale już to dostrzegamy i wybieramy inaczej. Ponieważ wiemy, że nasze życie nie polega tylko na zdobywaniu kolejnych „zbędnych rzeczy”, o które każdy z nas codziennie zabiega, oczywiście trzeba pracować, zarabiać, jeść itd., ale to ma być dodatek a nie sens naszego życia! Wszystko co nas spotyka jest skutkiem naszych wyborów…

Najważniejsze, by się nie bać, nie załamać i nie poddać, lecz przyjąć to, co nas spotyka z miłością wtedy cała sytuacja nabiera blasku i nagle wiemy co robić. Jak będziesz sobie powtarzać, że będzie dobrze, to będzie. Byłam i jestem optymistką. Teraz jeszcze większą. Diagnoza–najgroźniejszy nowotwór złośliwy, to dla większości wyrok, dla mnie jednak to była lekcja życiowa, która pokazała mi oraz mojej rodzinie drogę, że można mieć niebo na ziemi i nie trzeba być kimś wielkim...

To ciężka walka nie tylko z chorobą, nie tylko z ograniczeniami, ale przede wszystkim to ciężka praca z samym sobą. To był dla mnie czas przemyśleń, czas zaglądania w głąb siebie. Czas  szukania tego co prawdziwe. I jestem wdzięczna za ten czas. Dziękuję–Noemi.

Mariola Lorenczewska

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2019 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl