Ankieta:

Czy chiałabyś/ chciałbyś żeby Twoje składki wpływały na Twoje prywatne subkonto, którym mogłabyś/ mogłbyś dysponować w czasie leczenia, choroby?

Jak zaczęłam prowadzić kursy języka migowego...

Zapraszam na kawałek mojej historii. Nie jest skomplikowana, na pewno w dużej mierze wynika ze zbiegów okoliczności i nie do końca sama mam nad nią kontrolę:)

Mam 21 lat i tak się złożyło, że prowadzę kursy Polskiego Języka Migowego. Kiedy cofnę się myślami kilka lat wstecz, nie widzę Głuchych. Jedynym błyskiem świadomości staje się pan w prawym dolnym rogu ekranu, który coś wymachuje, kiedy oglądam powtórkę serialu. To co jestem w stanie zarejestrować to fakt, że robi to niezwykle szybko, rusza ustami jakby mówił, czasami robi przerysowane miny. Jest taki zmniejszony, że nie wierzę w moc jego „machania”. Moja świadomość w tamtym czasie była żadna. Nikt nigdy nie powiedział mi że Głusi to ktoś więcej niż ludzie niepełnosprawni.

Kilka lat później ruszam na studia. Wybór nie był trudny. Kocham dzieci, zdaję sobie sprawę z wpływu procesu wychowania na całe życie człowieka. Decyduję się na pedagogikę, ale specjalną. Uważam, że jest mniej chętnych na pomaganie chorym dzieciom, dlatego nie rozmyślam już dłużej. W wakacje pomaturalne, na Facebooku, zauważam ogłoszenie o kursie Polskiego Języka Migowego. Jestem zafascynowana i podekscytowana, chociaż nigdy nie widziałam migania poza tym małym panem. Ogłoszenie oferowało bardzo wysokie dofinansowanie, więc uwierzyłam w jego przeznaczenie dla mnie.

Pierwsze zajęcia są niezapomniane. Grupa była wspaniała, różnorodna, ludzie pomocni i przyjmujący każde słowo prowadzącej z największym zainteresowaniem. Tego dnia nauczyliśmy się alfabetu. Dostaliśmy odpowiedzi na wiele zadawanych pytań i każdemu z nas szerzej otworzyły się oczy. Wracając do akademika literowałam w kieszeni nazwy wszystkiego, co napotkałam na swojej drodze.

Poczułam w sobie moc do małej naprawy tego świata. Kolejne zajęcia dawały mi coraz większy zasób znaków. Pokochałam tą inność językową. To, że mogę tu użyć mojej twarzy, że każda wykonana czynność, grymas nabiera znaczenia i że mówię całym ciałem! Co więcej, chyba nawet dobrze mi to wychodziło.

Czas do grudnia minął jak z płatka. Pozostał egzamin, najprzyjemniejszy jaki przeżyłam, a wierzcie, że trochę ich mam za sobą. Zatem koniec i co dalej? Na szczęście drugi poziom już na wiosnę. Przede mną coraz ciekawsze znaki, narastanie poczucia mocy przekazu niemalże wszystkiego. Jeszcze więcej materiałów uświadamiających na zajęciach i poczucie ogromnej satysfakcji, że to się udaje, przez co przybliża mnie do mojej misji-poznania osób Głuchych i w przyszłości terapia dzieci z niepełnosprawnościami sprzężonymi, które posługują się językiem migowym, bądź nauka języka migowego dzieci, które z różnych przyczyn utraciły zdolność mówienia.

Po zakończeniu drugiego poziomu otrzymałam propozycję współpracy. Moje niedowierzanie i ekscytacja balansowało na krawędzi omdlenia. Nikt nie uwierzył we mnie bardziej niż w tamtym momencie. Kolejny kurs obserwowałam już od kuchni. Byłam sparaliżowana strachem, zupełnie niepewna siebie i… uwielbiałam te zajęcia. Zobaczyłam co jest kluczem do przekazywania wiedzy w taki sposób, aby było to efektywne. Nie potrafiłam jeszcze stosować tych metod, ale widziałam ich owoce. Były naprawdę gigantyczne. Ludzie pracowali na zajęciach bez presji, wierzyłyśmy w nich, byłyśmy cierpliwe, a dobry humor tylko potęgował zapamiętywanie znaków.

Co dalej? Kolejnym krokiem był wyjazdowy kurs trenera/wykładowcy. Te kilkanaście dni w najspokojniejszym miejscu na ziemi, pozwoliły mi poznać człowieka, którego podziwiam-Olgierda Kosibę. To on przybliżył całej grupie metody pracy z ludźmi przy nauce języka. Szczególnie zapamiętałam jedno porównanie, mówiące o tym, że uczeń jest naszym lustrzanym odbiciem, czyli w stosunku do nas jest taki, jak my do niego.

Jeśli przychodzimy na zajęcia spóźnieni, on także nie będzie szanował naszego czasu, jeśli okażemy mu niechęć-zrobi to samo wobec nas. Jeżeli będziemy doceniać jego wysiłek, zauważać postępy i z radością reagować na jego widok, kiedy przychodzi punktualnie na zajęcia-mamy murowany sukces. Bez względu na predyspozycje do nauki języka. Dlaczego, czy to właśnie efekty nie są najważniejsze? Czy zapamiętanie 20 znaków z 2000 przez ucznia, nie jest porażką nauczyciela? Nigdy, jeżeli dołożył on wszelkich starań i poświęcił czasu na próbę nauki. Zapamiętane znaki, tak jak słówka z każdego języka obcego-szybko wyparowują niećwiczone. Jednak otwartość na ludzi Głuchych, chęć komunikacji i odwaga do porozumiewania się tak jak najlepiej się potrafi, jest bezcenna i jej korzenia sięgają dużo głębszych sfer umysłu niż pamięć.

Zatem wróciłam, podbudowana, z pełną głową pomysłów na zajęcia i ćwiczenia. W październiku miał rozpocząć się mój pierwszy samodzielny kurs. W międzyczasie nie marnowałam czasu i zabrałam się już samodzielnie do nauki trzeciego stopnia. Motywacja do pracy w domu, bez grupy i śmiesznych historii była mniejsza, ale nadal duża. Nie bez porażek, ale udało się. Nadeszła jesień i rozpoczęłam moje zajęcia. Nie sądzę, abym mogła dostać lepszą, bardziej wyrozumiałą dla mojego „profesjonalizmu” i pomyłek grupę. Była niewielka i absolutnie przewspaniała.

Od tamtego czasu uwielbiałam te jesienne poniedziałki i żywię dużą nadzieję, że były one równie przyjemne dla wszystkich uczestników. Błędy mniejsze i większe były nieuniknione, ale nie bałam się ich z tego względu, że czułam wsparcie od całej grupy, którego udzielałam z wzajemnością. Udało się? Musiało! Egzamin uwydatnił nasz wspólny sukces. Urosło we mnie poczucie dobrze wypełnionego obowiązku i znów poczułam szczęście.

Od wiosny ruszyłam z kopyta. Dostałam łącznie 5 grup, w różnych miastach. Czasami podróże zajmowały mi więcej czasu niż same zajęcia, ale każde takie doświadczenie bardzo cenię. Kursy przyspieszone, weekendowe dawały mocno w kość, ale cieszyłam się na myśl kolejnego spotkania z osobami zaangażowanymi w problemy innych. W przypadku Głuchych problemy opierające się w głównej mierze na komunikacji. Znów zachwyciły mnie uzyskane efekty i kolejny raz moja wiara w to, że warto to robić urosła o kolejny kilogram.

Szkoląc ludzi zaangażowanych, empatycznych i po prostu dobrych, tak naprawdę grupa szkolonych osób jest co najmniej  dwa razy większa. Ludzie chętnie dzielą się tym, co dla nich samych było nowe, odkrywcze i nieoczywiste. W ten sposób spełniają naszą główną misję-uświadamiania społeczności. Jest to zabieg bardzo potrzebny. Wierze w to, że ludzie są z natury dobrzy i skorzy do pomocy, jeśli tylko zauważą taką potrzebę.

Teraz mam wakacje, a od października grupy na wyższym poziomie - A2/B1. Co w między czasie? Jak najwięcej kontaktu z językiem. Zarówno biernego-oglądanie telewizji dla Głuchych, ale mam nadzieje, że czynnego również. Nie ma co się migać od migania, tylko trzeba działać!:)

Joanna Iskra

  RSS
Komentarze użytkowników (0)
© 2021 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl