Walczcie, nawet z lekarzami...

Walczcie, nawet z lekarzami...

Historia, którą chcę tu przedstawić, sięga okolic sierpnia 2016 roku. Moja teściowa zachorowała wtedy na jakąś drastyczną odmianę wirusa jelit, który doprowadził ją do omdlenia w jej mieszkaniu. Przyjechałam do niej natychmiast po tym, gdy dowiedziałam się o tej sytuacji. Wezwałam karetkę pogotowia. Przekazałam (baaaardzo nieprzyjemnemu) lekarzowi opis sytuacji zaznaczając, że teściowa mdlejąc musiała w coś mocno uderzyć, bowiem ma ranę na nosie i pęknięty ząb. Dopiero po kilku prośbach lekarz sprawdził, czy nie ma błędnego wzroku. Wszystko było niby w porządku. Diagnoza - odwodnienie na skutek wymiotów i biegunki spowodowanych wirusem. Przepisał... Nifuroksazyd! Ten lek sama brałam wtedy, gdy miałam problemy żołądkowe, więc wielką wiedzą się pan doktor nie wykazał... Tej nocy zostałam z teściową w jej mieszkaniu. Kolejny dzień też z nią spędziłam. Wieczorem nadal była słaba, więc nie reagując na jej protesty zawiozłam ją do miejscowego szpitala (opisywana sytuacja miała miejsce w miasteczku w województwie warmińsko-mazurskim). Tam okazało się, że jest tak odwodniona, że trzeba ją przyjąć na oddział. Miała bardzo złe samopoczucie, ciągłe wymioty i straszną biegunkę. Była bardzo słaba. Nie kontaktowałam się z lekarzem prowadzącym, bo taka była prośba teściowej. Chciała być osobiście informowana o swojej sytuacji. Przekazała mi, że miała mieć zrobioną tomografię głowy, jednak szpitalny tomograf nie działał i badania nie zrobiono. Prawdę powiedziawszy chciałam nieco ostrzej poprosić lekarza o wykonanie tego badania (w końcu teściowa upadła i nie wiadomo jakie mogły być konsekwencje tego omdlenia) nawet w innym szpitalu, ale teściowa uparła się, abym tego nie robiła... Ustąpiłam i żałuję do dziś...
Dopiero po około 2 tygodniach wypisano Ją do domu. Czuła się dobrze, miała mieć przeprowadzone jeszcze jakieś badania kontrolne, ale najgorsze minęło. Do czasu...
1 listopada ja i mój mąż mieliśmy ją odwiedzić i zjeść wspólnie obiad. Gdy przyjechaliśmy do teściowej zastaliśmy ją leżącą, nieprzytomną na podłodze w łazience. Lekarz z karetki, którą wezwaliśmy orzekł, że stan jest krytyczny i trzeba przewieźć teściową do oddalonego o ok. 30 km szpitala. Pojechaliśmy za karetką. Na miejscu przekazano nam informację, że teściowej pękł krwiak i sytuacja jest tak beznadziejna, że nie można operować. Trzeba czekać. Nie będę tu opisywała naszego szoku, niedowierzania, rozpaczy... (nadal mam łzy w oczach, gdy o tym wszystkim pomyślę). Teściowa spędziła miesiąc w szpitalu - nie odzyskała świadomości. Była podłączona do respiratora, bo sama nie oddychała, większość ciała była sparaliżowana, nie reagowała na żadne bodźce.
Przenieśliśmy Ją do ośrodka dla osób, które nie mogą samodzielnie oddychać. Po tygodniu zmarła.

Gdybym wtedy, w sierpniu, w szpitalu nalegała na zrobienie badania tomografem, to może udałoby się temu wszystkiemu zaradzić! Tak, wiem... To nie moja wina... Ale jednak wciąż w tyle głowy mam tę myśl "co by było, gdybym...". Dlatego proszę - każdy, kto to przeczyta, niech pamięta, że warto walczyć, warto być upierdliwym w stosunku do lekarzy, warto naciskać personel, warto, warto, warto!!! Bo jak widać po moim przypadku - to była sprawa życia lub śmierci, a nie... popsutego tomografu...
autor: Aisak A.
© 2020 Copyright by "Silni w Chorobie" Marcin Meszko
Niniejsza strona www oraz jej podstrony wraz ze wszystkimi zamieszczonymi na niej materiałami są objęte prawami własności intelektualnej Marcina Meszko, prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą „Silni w Chorobie Marcin Meszko” z siedzibą w Toruniu. Czytaj więcej
Wyłaczajac blokowanie reklam wspierasz nasz portal i pomagasz rozwijać projekt Silniwchorobie.pl